Konstytucja (2016) reż. Rajko Grlić

czyli normalnie strach się bać

Kiedy pierwszy raz poleciałam z córką do Londynu do przyjaciółki, ta zabrała nas na wycieczkę po mieście, żeby pokazać nam parę atrakcji. Ja bardzo chciałam zobaczyć muzeum  figur woskowych madame Tussaud. Akurat w muzeum w ramach atrakcji turystycznej można było przejść ścieżkę strachu. Zdecydowanie było to widowisko na naprawdę wysokim poziomie, żadne
"przebacz mi Brunhildo". Ja nie lubię się bać, dlatego nie oglądam horrorów, ale też nie boję się straszydeł, upiorów, trupów, wampirów i innych stworów. To znaczy pewnie bym się przestraszyła, gdybym zobaczyła znienacka, bo bałabym się realnej namacalnej krzywdy, którą może mi potwór zrobić. Wtedy jednak, przed wkroczeniem na ścieżkę, wyraźnie nam zapowiedziano, że pojawiające się postaci nie będą nas dotykać. Nie wolno im.  I ja już zupełnie się uspokoiłam, bo źródło mojego lęku tkwiło w niechcianym dotyku. Owszem doceniłam nastrój grozy, nagłe szepty do ucha, muzykę, grę światłocieniem i upiorny taniec, i akrobacje, i makijaże pojawiających się znienacka postaci. Piękne to było i bardzo klimatyczne. Doceniłabym bardziej, gdyby nie wczepione we mnie jak kleszcze przyjaciółka i córka. Ze ściśle zamkniętymi oczami, przerażone i piszczące przy każdym nagłym dźwięku. Próbowałam powiedzieć, że jak otworzą oczy, to przestana się bać,  że to spektakl. No głuche były na perswazje i ślepe. Ślepe akurat na własne życzenie. Trochę ubawione, trochę zirytowane dociągnęłyśmy razem z Korą (nastoletnią córką przyjaciółki) te kłębki rozedrganej histerii do wyjścia:
- Ale czego tak konkretnie się bałaś? Przecież wiedziałaś, że żadne straszydło cię nie dotknie. Czego się bałaś? 
- Nie wiem, ale to było straaaaszne.  
Nie ma nic gorszego od niezdefiniowanego strachu. 

Inna sytuacja. Kiedy Ola miała 5-6 lat poszłyśmy nad jezioro ze znajomymi i ktoś wpadł na pomysł, żeby nałowić raków. Polowania na raki nie lubię, ale weszłam do wody i patrzyłam czy są. Ola weszła do wody zobaczyła raka i ją sparaliżowało. Stoi blada jak ściana, oczy zamknięte, prawie płacze, że kroku nie zrobi, bo się boi. 
- Czego się boisz, kochanie? - pytam
- Boję się, że nadepnę raka niechcący i on mnie uszczypnie
Z całkiem poważną miną powiedziałam : 
- Kochanie, jeśli nadepniesz raka dostaniesz nagrodę jaką zechcesz. Możesz mieć życzenie a wiesz że ja dotrzymuję słowa. Nie "niechcący" - specjalnie spróbuj go dotknąć. Tylko dotknąć. Każde życzenie, obiecuję. 
Zawahała się. 
Z jednej strony wcale nie chciała tych raków łapać, ale z drugiej matka nie była taka skora do składania obietnic in blanco. Skoro złożyła  to znaczy, że nadepnięcie na raka łatwe nie jest, trzeba się postarać. Tak sobie wykombinowała i otworzyła oczy. Skorupiaka już nie było, uciekł. Uciekły też wszystkie następne zanim zdołała się przyjrzeć. Ja nie musiałam spełniać życzenia a dziecko przestało się bać raków.

Na Konstytucje poszłam niczego o tym filmie nie wiedząc. Piotr Czerkawski
Zapowiedział film krótko " Jeśli lubią państwo filmy Kieślowskiego - powinno wam się podobać". O ile przed seansem przyjęłam to za dobra monetę, to po seansie nie jestem pewna, co miał na myśli.
Filmy Kieślowskiego odbieram jak współczesne moralitety, jak  pytanie o człowieczeństwo, o dobro i zło. Kieślowski był filozofem, patrzył na człowieka w sposób transcendentny i próbował pokazywać przez jednostkę uniwersalne wartości.   Rajko Grlić choć tak samo pięknie potrafi wziąć człowieka pod lupę i to jednak zupełnie inny ma do człowieka i do człowieczeństwa stosunek. Nie odkrywa wielkiej tajemnicy tylko raczej wstydliwy sekret. Pokazuje człowieka w całej palecie barw jego urodę i przypudrowane pryszcze.


Trójka głównych bohaterów: Vjeko- profesor akademicki, gej, nacjonalista, lubiący przebierać się w damskie ciuszki,  opiekujący się przykutym do łóżka ojcem - mieszka po sąsiedzku z małżeństwem mieszanym.  On - dobroduszny Serb - policjant, wrażliwy i życzliwy choć o urodzie kojarzącej się raczej z seryjnym mordercą. Ona - pielęgniarka, Chorwatka, która przy całej swojej otwartości na świat, odrzuceniu stereotypów, knuje swój interesowny plan. Mieszkają obok siebie,  ale starannie unikają kontaktu. Przypadek sprawia, że nagle stają się sobie potrzebni.
Ja wiem, że to galeria paradoksów, ale wierzcie mi, że każda z tych postaci jest przekonująca i da się lubić, mimo ich  ograniczeń, mimo irytujących zachowań, mimo zdziwienia, że w jednej głowie mogą powstać tak skrajne przekonania. W gruncie rzeczy bardzo uniwersalny film o tym, jak irracjonalnie  pozwalamy się zastraszać, jak strach nas paraliżuje i ogłupia. Jak lęk zamyka nam oczy na rzeczywistość. 
Jest  to koncert na trojga aktorów. Wybitne kreacje i absolutnie cudownie groteskowy scenariusz. Każdy kadr, każdy dźwięk ma znaczenie. Film jest niezwykle intensywny, ale przy tym zupełnie nie przygniata widza. Wręcz przeciwnie, łagodnie prowadzi za rękę podstępnie edukując. 

O ile Kieślowski jest dla mnie dzieckiem renesansu to Rajko Grlić zdecydowanie zgodnie z ideą oświecenia uczy bawiąc, ucząc bawi. Trzeba tylko otworzyć oczy.
Kieślowski był głęboko rozczarowany człowiekiem, jako istotą stworzoną na obraz i podobieństwo boga. Grlić w gruncie rzeczy człowieka lubi choć nadziwić się jego ignorancji nie może. Przypomina mi się mądrość z Szwejka Haska:
– Szwejku, Jezus Maria, Himmelherrgott, ja was zastrzelę, bydle jedno, ośle, kretynie, gówniarzu jeden! Czy można być takim bałwanem?
– Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że można.
Tylko otwórz oczy. 




















ps.
Jest w "Konsytuacji"  postać epizodyczna żywcem z Kieślowskiego wyjęta. Na fabułę nie ma wielkiego wpływu, ale pięknie zamyka w klamrę przypowieść. Pojawia się w dialogu jako szkodnik, który  rozrzuca w parku i na chodnikach kiełbasę szpikowaną tłuczonym szkłem. Kilka piesków w okolicy zdechło, więc - policjant, właściciel ukochanego czworonoga obiecuje sobie, że jak delikwenta dorwie, to mu nogi z dupy powyrywa. Słuszny gniew udziela się widzowi. W głowie nam się takie barbarzyństwo nie mieści. Któregoś dnia żona policjanta opowiada mu, że na ostry dyżur w szpitalu trafiła staruszka, która zjadła przez przypadek  nafaszerowaną kiełbasę. Prawdopodobnie matka tego człowieka. Staruszka zmarła. Osobnik nie wyciągnął wniosków i nadal rozrzucał śmiercionośną kiełbasę.






 

Kobieta z lodu (2017) reż. Bohdan Slama

czyli o kobiecie, która myślała, że jest kurą

Pięć dni pracy, dwa dni szkolenie i tak do końca listopada. Maraton. Lubię swoja pracę i lubię uczyć. Na szczęście. Nieco odpoczywam na sali szkoleniowej po tygodniu walki z klientami, urzędami i kontrolami. Nieco odpoczywam w pracy po dwóch dniach stania na obcasach. Jednak i tu i tu to jest jednak wysiłek umysłowy. Dlatego rzadko ostatnio decyduję się na wymagające kino. Ale przecież WAMA Film Festiwal uwielbiam. Oglądam, nieustająco zachęcam i zapraszam, gdyż idea festiwalu jest mi bardzo bliska i formuła przyjazna. Wybrałam się na dwa ostatnie konkursowe filmy. Z rozmów w kuluarach wynikało, że "Kobieta z lodu" jest faworytem festiwalu, ale werdykty jury zawsze mnie jednak zaskakują, 
Wyciągnęłam na seans Małgorzatę - moją koleżankę filmową.
Poznałyśmy się kilka lat temu na szkoleniu i w przerwie kawowej rozmowa zeszła na film. Kiedy powiedziałam, że uwielbiam kino indyjskie, Małgośka prychnęła lekceważąco, że ona nie znosi TAKIEGO kina. 
- A jakie filmy widziałaś? - zapytałam
- Nie widziałam, ale bollywood... 
- Małgosiu -  włączyła mi się edukatorka - przyjdź do mnie na film. Jeśli Ci się nie spodoba, to będziesz sobie mogła prychać do woli i słówkiem się nie odezwę. Ale jeśli Ci się spodoba, to nigdy przenigdy nie będziesz się fukać na największą, najbardziej różnorodną i absolutnie nieposiadająca wspólnego mianownika kinematografię na świecie. 
Tak się umówiłyśmy. 
Wypytałam starannie co lubi i puściłam jej "Wodę" Deepy Mahty. Łatwo poszło:) Małgorzata nie tylko przestała prychać, ale niedzielne seanse filmowe u mnie stały się nasza tradycją. Dlatego jak powiedziałam Gośce, że mam rezerwację na filmy festiwalowe, to nie pytała "na co?" tylko "na którą godzinę?"
Wychodząc z "Kobiety z lodu" i zadałyśmy sobie zgodnie pytanie: 
- Ty, o czym był ten film? 
- Opowiedzieć bym nie umiała, ale wydaje mi się, że to jest film o spóźnionym buncie. 
- Jej buncie? 
- No tak mi się wydaje. Starsza kobieta, wdowa i jej dwóch dorosłych już synów z żonami i dziećmi spotykają się co tydzień na tradycyjnym rodzinnym obiedzie. Masochistycznie się chyba spotykają, bo zupełnie nie mają ze sobą kontaktu, nie umieją rozmawiać, nie słuchają, nawet się nie lubią. Wigilia z moją matką mi się przypomniała. 
- Stateczna wdowa,  poznaje faceta, pierwszego lepszego z brzegu - tu nawet dosłownie na brzegu rzeki -  i się buntuje? Nie, jakoś mi się nie składa.

Historie filmowe o relacjach rodziców z dorosłymi dziećmi zawsze przykuwają moja uwagę i na ogół opowiadają się po którejś ze stron. Zajmują stanowisko. W filmie Slamy nie ma jednak łatwych rozwiązań.  Każda postać jest starannie przemyślana, wiarygodna psychologicznie i w jakiś sposób zagubiona. 
Życie głównej bohaterki Hany upływa w rytmie rytuału obiadów rodzinnych, aż do czasu kiedy przez przypadek wyławia z rzeki niczym złotą rybkę - Bronę - mężczyznę opiekującego się klubem morsów. Nieokrzesany, oryginalny, mieszkający z kurami w starym autobusie starszy pan robi na Hanie takie wrażenie, że decyduje się ona na życie z nim. Przełamać musi nie tylko własne opory, ale też przede wszystkim opór dzieci. Czy może być coś bardziej niestosownego od kury chodzącej po gościnnym stole? Nie byle jakiej kury. Kury Adelki, która myśli, że jest człowiekiem. Przy tak ustawionej poprzeczce wszystko inne już jest mniej szalone, prawda? Kobieta zyskuje przestrzeń.

Czy jest to historia o buncie? Nie sądzę. Hana się nie buntuje, tylko świeci odbitym światłem. Gdyby Brona był miłośnikiem opery a nie kąpieli w lodowatej wodzie, to Hana zainteresowałaby się operą.
Hana spełniała oczekiwania najpierw męża, potem dzieci i w końcu przyjaciela kochanka. Czy to jest historia o miłości? Na pewno jest o wszystkim tym, na czym miłość można zbudować. O akceptacji, o uważności,  o słuchaniu.
Na dobry początek trzeba wziąć przykład z kury i pomyśleć o sobie jak o człowieku. 
Masz żyć po pierwsze dla siebie a nie dla innych.  Martwa na nic się nikomu nie przydasz.

Nie należy jednak mylić ucieczki przed narzuconą rolą społeczną z ucieczka od odpowiedzialności przed konsekwencjami. 
I to nam Slama pokazuje, bez zadęcia i dydaktycznego smrodku. Polecam. 








Od czego się odbić?

czyli jak minął rok?


To był stabilny rok. W przeciwieństwie do zupełnie zwariowanego 2015, który przyniósł kilka dużych zmian. Ugruntowałam się i okrzepłam. Mogę ustawiać następną poprzeczkę:). Filmowo znacznie mniej, statystycznie też znacznie słabiej, albo ja zaczęłam surowiej oceniać.
Ani jednej dychy, cztery filmy do których na pewno będę wracać (niekoniecznie najwyżej ocenione) i kilkadziesiąt filmów poniżej średniej. 

Na dwa filmy zabrakło mi pomysłu na ocenę.
Pierwszy widziałam na LAF w Zwierzyńcu "Scena zbrodni" Joshuy Oppenheimera
z roku 2012 stanowi dyptyk z dwa lat późniejszą "Sceną ciszy". 
Jest to kino dokumentalne, opowiada o ludobójstwie w Indonezji. Opowiadają o nim głównie sprawcy, bo ofiary - jeśli żyją - wciąż się boją.  Nie umiem ocenić, bo reżyser zastosował środki stylistyczne zupełnie dla mnie niezrozumiałe. Nie chcę zniechęcać ale i nie namawiam. Tego się już nie da "od-zobaczyć". 
Drugi to również dokument o ludziach zafascynowanych otyłością. Zgroza. Nie rozumiem, po co kręcić o tym film o pokazywać go światu. Moim zdaniem na tuczenie człowieka w taki sposób powinien być paragraf, a chęć utycia dla "ukochanego mężczyzny" ponad 300 kilo należy leczyć przymusowo psychiatrycznie. Zdecydujmy się na jakąś konsekwencję. Jak ktoś stoi na dachu z zamiarem samobójczym, to się angażuje służby i odwodzi go od zamiaru wszelkimi sposobami. Jeśli kobieta zabija się na raty doprowadzając się do stanu w którym nie może samodzielnie funkcjonować to nagle volenti non fit iniuria? No litości. Nikt normalny nie chce być gruby. Nie mówię, że grubi są nienormalni. Mówię, że normalni grubi próbują sobie pomóc. Zanim się ktoś obruszy zaznaczam, że nie mówię o rozmiarze XL i względach estetycznych, tylko o otyłości zagrażającej zdrowiu.

Zupełnie niechcący obejrzałam "Urok wszeteczny" Zanussiego z 1996 roku. (telewizję oglądam w pokojach hotelowych i trafiłam na film jak już trwał. Zanussiego  zwykle omijam) i zafascynował mnie jako doskonały przykład filmu gdzie idiotycznej historii nie uratuje nawet najlepsze aktorstwo. Pokaz nawiedzonej reżyserii w najgorszym wydaniu. Zapasiewicz doskonały a Zanussi oczywiście nadęty kaznodzieja oderwany od rzeczywistości. Uwodzenie młodego niezłomnego naukowca przez bogatego Hrabiego wyglądało niemal jak kuszenie Chrystusa. Gdyby tak dorzucić kilka scen seksu wyszłaby całkiem zgrabna fantazja erotyczna. Upiorny moralitet (jak to ktoś na filwebie skomentował) albo dobra wymówka dla masturbujących się ukrytych homoseksualistów. Ja mu dałam ocenę "bardzo zły" (2). 
Tu wspomnę, że "Śmietankę towarzyską"  oceniłam na trzy. Dobrze zrobione, świetnie zagrane, ma specyficzny klimat i w ogóle dobry film. Ale ledwie wysiedziałam w kinie do końca. Mnie już neurotyczny bohater Allena nudzi. 
Na każdej większej imprezie znajdzie się ktoś taki, kto jest trzy drinki do przodu, chce "rozruszać towarzystwo" i zaczyna:
- A znacie to? Przychodzi do lekarza baba z żabą na głowie....
W klubach studenckich trzymałam się blisko takiego kolegi, co opowiadał kawały. Jak mnie te kawały zaczynały śmieszyć, to był znak, że powinnam iść do domu. Mój kolega został akurat gwiazdą piosenki polskiej ale inni jemu podobni na pewno kręcą filmy. W ubiegłym roku zaliczyłam siedemdziesiąt takich  filmów, w których|ktoś nakręcił jeszcze raz historię, którą wszyscy znają.
albo "Love story" - czyli jedno z bohaterów umiera
albo wariację o  Kopciuszku znajdującym księcia - na końcu żyli długo i szczęśliwie
albo Romea i Julię - oboje umierają 
albo bajka o wioskowym głupku, który po wielu przygodach okazuje się najdzielniejszy i najmądrzejszy, spuszcza łomot smokowi i dostaje pół królestwa i królewnę. I ojciec mu mówi, że jest z niego dumny.   
albo ... (jakieś sugestie?)
Można jeszcze dodać we wszystkich konfiguracjach duchy, zombie, wampiry i nadprzyrodzone moce, czarownice, elfy, wróżki i zawirowania czasowe. 
I ja się nawet dobrze bawię, przy tych filmach, jeśli są porządnie zrobione i nie udają, że zatrzymują Słońce i ruszają Ziemię. Smutno mi kiedy jest odwrotnie - film ma potencjał, ma coś interesującego do powiedzenia, ale jest to skopane, przekombinowane, źle zagrane i w ogóle zmarnowane.

Nie da się jednak sprowadzić do jednego zgrabnego mianownika filmów bardzo dobrych. Kilka chcę polecić:
"Planeta singli" (2016) w reż. imigranta Mitji Okorna  
Już nie miałam nadziei na  dobrą polska komedię, już byłam pewna, że nam tylko Smarzowski i Szumowska
wyznaczają jakiś poziom a na rozrywkę należy spuścić wstydliwie zasłonę milczenia. A tu proszę! Banalna historia, naprawdę nic odkrywczego, momentami nawet kiczowata. Zrobiona według sprawdzonych dobrych wzorców, przy tym jednak lekka, znakomicie zagrana, momentami wzruszająca. Maciej Stuhr  nawet rycerza na białym koniu potrafi zagrać bez popadania w karykaturę. To nie było łatwe:). No i to co lubię w filmie - znakomity drugi plan, bez chałtury. 
To jest niezwykły film. Jeden z tych obrazów, które niezauważalnie biorą widza za rękę i budują silną relację z bohaterem i opowiedzianą historią. Aiman pracuje w malezyjskim więzieniu o zaostrzonym rygorze. Jest młody, starannie wykonuje obowiązki i tym zwraca na siebie uwagę więziennego kata. Ten wybiera się na emeryturę i chce chłopaka wyszkolić na swojego następcę. 
Film jest ważnym głosem w debacie o karze śmierci. Bardzo ważnym, bo nie odpowiada na pytanie a zmusza do przemyślenia. Jestem pewna, że może służyć za argument obu stronom sporu. Film widziałam na WAMie  i moim zdaniem był najlepszy. 
Mam mieszane uczucia po filmie ale jednak mi został. Tak mam z filmami że niezależnie od wartości artystycznej niektóre porządkują (albo bałaganią) mi w głowie. To film z gatunku "zróbmy jakieś idiotyczne założenie i wokół niego zbudujmy dramę". Tu mamy  karkołomną próbę połączenia utopii z antyutopią. Otóż umawiamy się, że w Japonii wymyślono oryginalny sposób na kontrolę i redukcję populacji. Każdy uczeń pierwszej klasy szkoły podstawowej otrzymuje zastrzyk, który zabija co tysięczną osobę, nim ta ukończy 24. rok życia. Na dobę przed wyznaczonym czasem śmierci, ofierze i rodzinie wysyłane jest zawiadomienie. Pomysł dość makabryczny, ale w gruncie rzeczy najbardziej makabryczne w nim jest samo zawiadomienie. śmierć sama w sobie, sprawiedliwa czy nie nie robi wrażenia. Wrażenie robi czas, który znamy. 
To jak to właściwie z nami ludźmi jest? Chcemy wiedzieć i mieć ten czas?  
"Od wszelkiego złego, wybaw nas, Panie.
Od powietrza, głodu, ognia i wojny, wybaw nas, Panie.
Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw nas, Panie"

Czy nie chcemy wiedzieć? 






Listy od nieznajomego (2013) reż. Yariv Mozer

czyli ślimaki w deszczu

Wybrałam ten film na konkurs prelegentów filmowych zupełnie przypadkowo i nie przyniósł mi szczęścia. 
Nagrodę główną i nagrodę publiczności wygrała Kaja Łuczyńska, która mówiła o "Serenie" Susanne Bier. 
Kaja też prowadzi blog  filmowy "Orbitowanie bez cukru". Była lepsza. 
No cóż, za rok się poprawię:). Pozdrawiam serdecznie panią, która dodała mi otuchy na dworcu w Zwierzyńcu w dniu wyjazdu. Niech się Pani objawi w komentarzu, proszę.

Wracając do "Listów..." Nie było łatwo. Film wymyka się prostym ocenom. Pierwsze pytanie jakie sobie zadałam to: Dlaczego w 2013 roku reżyser zdecydował się nakręcić historię, która dzieje się w roku 1989 w Tel Awiwie? Żeby to zrozumieć, trzeba film osadzić w kontekście zmian społeczno obyczajowych zachodzących w Izraelu na przełomie XX i XXI wieku. Jeszcze do 1987 roku homoseksualizm był w Izraelu był nielegalny a zaledwie 6 lat po wykreśleniu "zachowań homoseksualnych" z kodeksu karnego
Izrael zalegalizował konkubinaty osób tej samej płci i uznał małżeństwa jednopłciowe  zawarte za granicą.
W 2008 roku izraelskim homoseksualistom umożliwiono adopcję dzieci. W ciągu zaledwie 20 lat od prześladowań i zamykania w więzieniu do pełni praw. Ludzie przyzwyczajeni do ukrywania się, udawania i zaprzeczania,   zyskali  podmiotowość i widzialność. Mogli  wyjść ze skorup jak ślimaki w deszczu. 
Uczestnikami, świadkami a często sprawcami tej rewolucji byli między ludzie kultury. Pierwszym, który dokonał publicznie coming-outu był reżyser Amos Guttman, krótko po nim  twórcy  niezwykłej "Bańki mydlanej" Eytan Fox i Gal Uchowsky, piosenkarz Ivri Lider, pisarz Yossi Avni-Levy
"Listy od nieznajomego" to dla Yariva Mozera -  reżysera, scenarzysty, producenta i odtwórcy jednej z głównych ról debiut fabularny. Po nakręceniu kilkunastu świetnych filmów dokumentalnych twórca zdecydował się przenieść na duży ekran opowiadanie ze zbioru opowiadań "Ogród umarłych drzew" wydanego w 1995 roku (niestety nie po polsku). W jednym z wywiadów Mozer mówi: "Byłem na tyle tą lekturą przejęty, że zdecydowałem się przenieść na ekran opowiadanie zatytułowane „Snails in the Rain”. Wydawało mi się ono wprost stworzone pod adaptację. Scenariusz jest wypadkową tego, co napisał Yossi Avni-Levy, i moich własnych doświadczeń. Taka strategia wzięła się stąd, że czytając jego opowiadanie, miałem wrażenie, jakbym czytał historię opartą na mojej biografii"   

Dziś Izrael jest  jednym z najbardziej tolerancyjnych państw w regionie a Tel Awiw może być ziemią obiecaną osób ze środowisk LGBT. Dziś nie ma co wyważać otwartych drzwi ale nie zawsze tak było.

Głównego bohatera "Listów" poznajemy w 1989 roku, tuż po "odwilży". Boaz (Yoav Reuveni) ma 25 lat , jest studentem języków semickich, od ponad roku mieszka ze swoją dziewczyną Noą (świetna w roli Moran Rosenblatt) i w perspektywie ma prestiżowe stypendium w Jerozolimie. 
Kiedy Boaz zaczyna dostawać anonimowe listy od zakochanego w nim mężczyzny, wytrąca go to z równowagi. Przyzwyczajony do niewidzialności, do życia jakie sobie ułożył,  boi się zmiany. Nie wie, czy chce zmiany.
Reżyserskie  doświadczenie dokumentalisty i  wspólnota doświadczeń z bohaterem sprawiły, że Mozer nakręcił film niezwykle szczery. Technika prowadzenie kamery bardzo blisko bohatera pokazuje nam go jak przez szkło powiększające. Przekracza granice intymności ale nie daje dostępu do myśli bohatera.  Widz chwilami staje się podglądaczem a nie obserwatorem. Napięcie i dezorientacja bohatera udziela się nie tylko jego dziewczynie (Noa nie zamierza biernie patrzeć na rozpad swojego związku) ale też widzowi. Film dzieje się bardziej w głąb niż układa w ciąg zdarzeń. 

W  interesująca klamrę czasową układa się dobór ról. Grany przez Reuveniego główny bohater jest  mężczyzną przede wszystkim bardzo atrakcyjnym. Jego młodość i uroda przyciągają uwagę i kobiet i mężczyzn.  Kamera go kocha i z lubością  pokazuje jego doskonale zbudowane ciało. Bohater ma tego świadomość, ale jeszcze nie potrafi użyć swojego uroku jak oręża. Ta jego nieporadność dodaje mu tylko wdzięku. Mozer tak właśnie widzi siebie z tamtego okresu. I tęskni za takim sobą. Jak mówi, "bycie gejem w tamtych czasach wymagało odwagi i subtelności".
Ponad dwadzieścia kilka lat później kręci film, w którym wciela się  rolę mężczyzny dwadzieścia lat starszego, dojrzałego, nieco cynicznego. I zakochanego w Boazie. A może sobie samym?
 
Film można zobaczyć na Youtubie z polskimi napisami.  Polecam, ale się nie upieram:).



Ps, żeby się zbyt różowo nie zrobiło. Na świecie w 70 krajach homoseksualizm jest ciągle  przestępstwem. W  11 krajach można za niego  być skazanym na karę śmierci, w dwóch egzekucje są wykonywane.

Do poczytania też:.  
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,138262,18411477,eytan-fox-krytykuje-izrael-za-wiele-rzeczy-ale-rozpiera-mnie.html

http://www.fzp.net.pl/spoleczenstwo-i-gospodarka/geje-w-izraelu


Ida (2013) reż. Paweł Pawlikowski

czyli "nie chcemy tego Oskara"

Nie chciałam jeszcze pisać o tegorocznych Oskarach, bo niewiele widziałam. Po nominacjach i recenzjach ciekawa jestem filmu Grand Budapest Hotel, bo mam słabość do Ralpha Fiennesa i gotowa jestem mu wąsy wybaczyć. Poza tym liczę na niezłą zabawę z żonglerką gatunkami filmowymi. 
W kolejce zapisałam też sobie "Dzika drogę" ze względu na motyw wędrówki, który zawsze w kinie kupuję i zapowiedź co najmniej dwóch mocnych postaci kobiet. Reese Witherspoon zdobyła moje serce w "Legalnej blondynce" i od tamtej pory tylko ugruntowuję się w uczuciach. A do Laury Dern chyba przekonywać nie muszę. Poza tym tegoroczny wyścig po statuetkę w konkursie głównym  nie wydał mi się emocjonujący. 
Widziałam tylko "Teorię wszystkiego" Jamesa Marsha i choć nie był to czas stracony, to jednak film wybitny nie jest. Motyw genialnego umysłu uwięzionego w niedoskonałym ciele chyba się zużył, a jeśli nawet nie to Marsh niczego nowego w nim nie odkrył. Film owszem robi wrażenie, momentami wzrusza, daje niesamowite pole do popisu dla zaprezentowania umiejętności aktorskich Eddiemu Redmayne'owi (nominacja w pełni zasłużona), ale to chyba trochę za mało jak na najważniejszą nagrodę w branży.


Znacznie ciekawsza była rywalizacja w kategorii krótkometrażowych filmów dokumentalnych. Wystartowały w niej dwa polskie filmy i prawdę mówiąc własnie tu obstawiałam sukces Polski. "Joanna" Anety Kopacz, film szczególny dla polskiej blogosfery, bo bohaterka filmu - Chustka była "naszą" bohaterką. Filmu nie widziałam i trochę boję się obejrzeć. Boję się, że coś mi zepsuje. Tu reżyserka opowiada o filmie. 
Zupełnie z marszu i bez przygotowania zobaczyłam "Nasza klątwę"  i miałam nadzieję, że wygra. Tu można zobaczyć polecam:  Zaczęłam oglądać z lekkim zażenowaniem i ściśniętym gardłem. Zażenowana byłam amatorszczyzną, chropowatością, surowością filmu i porażona problemem z jakim musieli się zmagać bohaterowie. Ale już po kilku minutach, to co wydało mi się słabością i mankamentem okazało się atutem. Ta filmowa techniczna nieporadność była szczera i przestała zawadzać.  Rzeczywiście w pierwszej warstwie wydaje się niedokończony i niedojrzały. Ale jakby się tak zastanowić chwilę to bardzo dobrze oddaje zderzenie z sytuacja niedokończoną, niedojrzała, na którą  nie sposób się przygotować.  Film okazał się czymś więcej niż zapisem zmagań z chorobą dziecka i nabrał uniwersalnego charakteru. 
Bardzo dobry też jest meksykański "La Parka". Można zobaczyć w całości na Youtubie. Żaden z nich nie wygrał, co znaczy, że gusty moje i Akademii się rozmijają. Dlatego też na koniec sobie zostawiłam "najlepszy film nieanglojęzyczny"

Bardzo mnie cieszy Oskar dla "Idy". Bardzo, chociaż mam kilka uwag. Agata Kulesza zagrała znakomicie (to już zaczyna brzmieć jak truizm), historia była nośna, cały drugi plan rewelacyjny a zdjęcia na celujący. Najsłabszym ogniwem była Agata Trzebuchowska niestety wydała mi się papierowa i niewiarygodna. W porównaniu z resztą bohaterów. Inna rzecz, że poprzeczkę dziewczynie ustawiono naprawdę wysoko jak na debiut. Drugą łyżką dziegciu była dość żenująca wpadka scenografki ze zdjęciem Ireny Sendlerowej. 
Moim zdaniem wszystkie filmy w tej kategorii były znakomite i nie dawałam "Idzie" wielkich szans. Tym bardziej się cieszę z sukcesu i mierzi mnie to całe gówno, które się wylewa z portali prawicowych i ten płacz nad zakłamywaniem historii, "opluwaniem Polaków" i "wybielaniem Żydów". Krzywdę nam naprawdę zrobił Mickiewicz, skoro przy każdym wyrazie artystycznym, gdzie ktoś ośmieli pokazać, że nie każdy Polak to Milijon co to "za miliony kocha i cierpi katusze", powstają jak grzyby po deszczu "jednością silni, rozumni szałem" młodzi przyjaciele i "grzmią" odkleiwszy się od rzeczywistości.
"Nie chcemy tego Oskara, bo w "Idzie" żadnego złego Niemca nie ma"(nie będę do gnoju linkować, wybaczcie) Nie ma Niemca w latach sześćdziesiątych w Polsce w relacji młodziutkiej zakonnicy z jej ciotką. Hm... dziwne. Nie ma też wróżek, rekinów i hiszpańskiej inkwizycji. 
Wiadomość dla tych, co sobie tego Oskara kategorycznie nie życzą.
Uwaga:  
- Nie dostaliście go.


ps. A "Idę" można zobaczyć tu za niecałe 7 złotych

Nieustraszona (2014) reż. Pradeep Sarkar

czyli społeczne kino bollywood  

 

Kino bollywood* kocham bezgranicznie, do tego stopnia, że to jedyna kinematografia, w której mogę oglądać horrory. W każdej innej omijam. Miłość moja od zakochania, motyli w brzuchu i różowych okularów w roku 2005, przeszła grzecznie i zgodnie z fazami rozwoju związku miłosnego według prof. Bogdana Wojciszke w intymność, namiętność i zaangażowanie. (Jeśli ktoś chce więcej wiedzieć  polecam "Psychologię miłości" profesora)
Po latach poznawania się, po kryzysach wywołanych uświadamianiem sobie słabych stron, nabrałam zaufania i mogę powiedzieć, że jesteśmy w związku kompletnym, ale nie bezkrytycznym, w związku łączącym zażyłość z przyjaźnią i namiętnością.
Nie będę namawiać do kina indyjskiego, bo za daleko zaszłam, żeby traktować je jak monolit. Ja już po prostu nie mam dla tamtejszej kinematografii wspólnego mianownika. Będę pisać o poszczególnych filmach a nie mam na nie osobnej miary i nie widzę potrzeby, żeby taką mieć.  Za dużo widziałam. Kocham i oceniam życzliwie, ale błędy wytknę bez litości.    
Wiecie jak wygląda namiętność po dziesięciu latach? Znam, wiem czego się spodziewać, niektóre motywy niezmiennie uwielbiam a niektóre doprowadzają mnie do szału. Trwam, bo wiem, że wystarczy odrobina uwagi i pod warstwą produktów przemysłowych, można znaleźć prawdziwe diamenty. Indie to kopalnia filmów mądrych, pięknych, niezwykłych pod każdym względem. Filmów, o które jestem bogatsza. 
Niestety "Nieustraszona" do takich nie należy, przepraszam. To nie jest film zły, to nie tak, że odradzam. Rzeczywiście nie przystaje do wizji kina, której jak w pierwszym akcie pojawia się strzelba to w trzecim akcie zatańczy i zaśpiewa. Jest to dramat społeczny, albo może kryminał dydaktyczny (chyba wymyśliłam gatunek filmowy:). Inspektor Shivani  Roy (w tej roli Rani Mukerji , prowadząc sprawę porwania przyjaciółki swojej bratanicy, wpada na trop handlarzy żywym towarem.
Rani należy  do tego grona moich ulubionych aktorów, dla których jestem w stanie obejrzeć nawet reklamę proszku do prania. Widziałam jej  trzydzieści trzy filmy i wysoko cenie jej kunszt. Ostatnio jednak nie ma najlepszej passy Aktorka przyjechała do Polski na premierę filmu w moje urodziny. Żałuję, że nie mogłam jechać do Warszawy.
Ale wracając. "Nieustraszona" ma przede wszystkim społeczno-polityczne zadanie do wykonania. Ma zapoczątkować poważna debatę medialną na temat wykorzystywania seksualnego kobiet i dzieci. Zadanie wykonuje z nawiązką i na pewno, będzie to jeden z filmów, który przyczynia się do zmiany wizerunku kobiety w Indiach. To nie są łatwe i szybkie zmiany, ale kino jest w Indiach potężnym medium, dlatego cel uważam za szlachetny i wybaczam. A że cierpi na tym nieco sztuka... cóż? Sztuka nigdy się nie dawała zaprząc do służby. W gruncie rzeczy ten smrodek dydaktyczny to jedyny minus filmu. Jeśli się weźmie poprawkę, można znieść.   
Film pokazuje kobietę niezależną, silna i bezkompromisową, która sama jest wojownikiem a nie jego odpoczynkiem. Rani do roli trenowała krav magę i jeśli ktoś lubi patrzeć jak kobieta spuszcza łomot złym panom, to się nie zawiedzie. Widza zachodniego**, który w kinie szuka głównie elementu zaskoczenia, nic w filmie w fotel nie wbije. Jeśli jednak, ktoś zechce się odrobinę zagłębić, to niech zwróci uwagę na dwa elementy.
Po pierwsze rola inspektor Shivani  Roy. Jak wspomniałam wcześniej - Rani wielbię, ale mam za co. Tworzy postać zupełnie nie korzystając z licznych kalk i wzorów od Harrego Callahana zaczynając na  Chulbulu Pandeyu skończywszy. Nie naśladuje, nie podszywa się  i moim zdaniem tworzy własną postać z dużym potencjałem i z  przestrzenią do wykorzystania. Wcale nie zdziwię się, jeśli powstaną kolejne filmy o wyjątkowej policjantce. 
Na tegorocznym rozdaniu nagród Filmfare, dostała nominację  za rolę.  

Druga rzecz, na którą należy zwrócić uwagę (a nie czytałam o tym w żadnej recenzji, bo te głównie uspokajają, że to nie jest "typowy bollywood" cokolwiek to znaczy) to bardzo nowatorskie podejście do rozgrywki Dobrej bohaterki z tym Złym. 
Jak świat długi i szeroki w filmach i serialach króluje schemat, że jak Zły stawia warunki, szantażuje czy terroryzuje, to główny bohater wchodzi w tę relację. Ot, zwyczajne:
- Rzuć broń, bo zabiję zakładnika

I co robi wtedy nasz Dobry?

1. Rzuca broń

Potem próbuje ratować zakładnika, radzi sobie z tym lepiej lub gorzej, ale w pierwszym odruchu spełnia polecenia a potem kombinuje.

2. Nie rzuca broni

Jeśli udaje mu się uratować zakładnika - hurra wszyscy się cieszą, ale jeśli zakładnik ginie...-zostaje z traumą i poczuciem winy. To poczucie winy jest tak powszechne, że nawet w filmach, w których mówi się otwartym tekstem, że się nie negocjuje z terrorystami, pojawia się ono u bohatera.
Znam tylko dwa filmy, które próbują zmienić kliszę. 
W "Okupie" bohater Mela Gibsona odwraca warunki "umowy" - okup za życie syna, zamienia na okup za głowę porywacza, jeśli syn umrze. 
W filmie "Speed"  Keanu Reeves strzela do zakładnika, żeby go uratować. 
W obu sytuacjach jednak element poczucia winy za ewentualne konsekwencje "nieposłuszeństwa" się pojawia. 

Inspektor Shivani zrywa z tym schematem. Kiedy szef gangu grozi jej, że zabije dziewczynę, jeśli ona nie przestanie zajmować się sprawą to ta odpowiada:
- Nie gram w twoją grę. Nie zawieram z tobą umów, bo ci nie ufam. Jeśli zrobisz dziewczynie krzywdę, to nie sprawisz, że będę temu winna, tylko sprawisz, że będę jeszcze bardziej zdeterminowana. 
I ta postawa zrobiła na mnie duże wrażenie. Można ją wyjąć z filmu i zastosować w życiu i nie dać się gnębić rozmaitym manipulantom, którzy chętnie grają kartą wzbudzania poczucia winy. 
- Jeśli nie zrobisz ...(tu coś czego nie chcesz robić), to ja zrobię...(tu dowolna rzecz wystarczająco paskudna, żeby się jej bać)
- Nie. Cokolwiek zrobisz, to ty będziesz za to odpowiedzialny.

Zakończenie mi się nie podobało, bo jest zbyt dyskusyjne jak na film dydaktyczny i odwołuje się do poczucia sprawiedliwości sprowadzonego do "oko za oko". Z drugiej strony daje Rani możliwość zagrania rysy na kryształowym charakterze pani inspektor. 

Film podobno będzie można obejrzeć w naszych kinach, ale jeszcze nie znalazłam gdzie.
Z angielskimi napisami można zobaczyć tutaj: Mardaani Hindi Movie


Zachęciłam czy zniechęciłam?








*dla uproszczenia, żeby się znawcy nie przyczepili, pod tym hasłem zamykam całą kinematografie indyjską niezależnie od części Indii, czasu powstania i gatunku.  Stereotyp żywy w Polsce dotyczy produkcji z Mumbaju (dawny Bombaj) i to tylko w określonej konwencji czyli tzw. masali.   

**kolejne uproszczenie na określenie jednym mianem wszystkich wychowanych na hollywoodzkiej masówce  

Po nitce do pionu

czyli  pociąg filmowy


Jeszcze przed nowym rokiem oglądałam "Rodzinę Borgiów" i wpadł mi w oko odtwórca roli Caesara -  Francois Arnaud. Aktorsko wpadł mi w oko, bo dotrzymywał kroku Ironsowi i razem stworzyli bardzo wiarygodną, trudną relację syna z ojcem. Ponadczasową i uniwersalną.  Moim zdaniem to jest najciekawszy wątek w serialu.

No to sprawdziłam. Obejrzałam film "Uderzenie gorąca"  Sophie Lorain, w którym Francois Arnaud zagrał  dziewiętnastolatka zakochanego w dużo starszej od siebie kobiecie ("Jestem od ciebie dwa razy starsza i to nie jest cała prawda"). Smaczne to było, zabawne i nieco niegrzeczne. Dobre na babski wieczór.

Potem trafiłam na  "Zabiłem moja matkę", gdzie Arnaud jest chłopakiem głównego bohatera. Rola drugoplanowa, ale nieźle zagrana. (W ogóle jakbym miała  podsumować, to ma on w sobie taką energię, która przyciąga uwagę. Będę śledzić jego karierę)
O Xavierze Dolanie słyszeliście? Ja wcześniej jakoś nie miałam okazji a tu się okazało, że "młody gniewny, obiecujący, kontrowersyjny" młody artysta. Robi kino autorskie, sam pisze scenariusze i sam gra w swoich filmach. W "Zabiłem moją matkę" Dolan świetnie pokazuje relacje w rodzinie z punktu widzenia nabuzowanego hormonami smarkacza, który wszystkie rozumy zjadł. Miota się on miedzy miłością i nienawiścią do despotycznej, niestabilnej emocjonalnie i nieradzącej  sobie z wychowaniem dziecka matki. Film oceniłam jako bardzo dobry, ale jakoś nie mam ochoty na więcej. Na razie. Na forach piszą, że wszystkie filmy Dolana są o nim samym. Nie ma w tym nic złego, tylko mnie nie bardzo interesują problemy chłopca z wchodzeniem w dorosły świat. Ja już w tym świecie jestem i moja córka też.
Matkom nastolatków jednak  polecam.

Zamiast iść dalej w Dolana zawróciłam do XVI-wiecznej Europy. Caesar Borgia to bardzo interesująca historycznie postać. Był inspiracją dla Machiavellego do napisania "Księcia".  Polecam bardzo. Okoliczności dziś mamy nieco inne, środki się zmieniły, ale zasady pozostały niezmienne. "Książę" jest wciąż aktualny i nic nie wskazuje na to, żeby to się kiedykolwiek zmieniło. Władza odurza, polityka ma być skuteczna a nie moralna a tłum pójdzie za każdym, kto umie tłum uwieść obietnicą. Historia to nie zbiór a wybór faktów i piszą ją zwycięzcy.  To jedna z tych książek, które trzeba znać, jeśli się chce budować jakiś spójny światopogląd. To do takich źródeł odsyła się ignorantów. Tutaj wersja w formacie pdf.

Z Florencji Machiavellego blisko mi było do Wenecji  Veronici Franco. Odświeżyłam sobie  "Niebezpieczną piękność"Książka, na podstawie której film nakręcono - "The Honest Courtesan"Margaret Rosenthal chyba nie została przetłumaczona na polski.
Film Marshalla Herskovitza obejrzałam kolejny raz dla Rufusa Sewella Zresztą jest to  jeden z tych aktorów, dla których gotowa jestem obejrzeć wszystko. Reprezentuje typ aktorstwa oszczędnego w środkach.  Potrafi w jednym grymasie, spojrzeniu czy geście zawrzeć cały wachlarz emocji. Niby posąg na zewnątrz a w środku wulkan. I ma głos. Bardzo mi działa na wyobraźnię.

Idąc tropem aktora i  trzymając się seriali historycznych obejrzałam miniserial BBC "Karol II - władza i namiętność"  właśnie z Sevellem w królewskiej (w każdym słowa znaczeniu) roli. Królewską żonę Katarzynę Bragança  zagrała brawurowo Shirley Henderson.
(Pamiętam, że para Sevell-Henderson dała popis kunsztu aktorskiego we współczesnej wersji "Poskromienia złośnicy". Nie wiem czy polecać, bo dawno widziałam a wiem, że mam słabość i do Rufusa i do wszelkich filmowych wariacji dramatów Szekspira.

Jak już się tak szwendałam po historii Europy, to przypomniałam sobie, że Turcy w XVI wieku nie prosili, żeby ich przyjąć. Trafiłam na "Wspaniałe stulecie" imperium osmańskiego. 
Lubię seriale historyczne, bo lubię spojlery. Poczytałam nieco w ogólnie dostępnych źródłach i nabrałam apetytu na historię najlepszego sułtana tureckiego Sulejmana I Wspaniałego i sułtanki Roksolan. Patrząc na jej portret
muszę przyznać, że rzeczywiście była piękna nawet jak na dzisiejsze standardy urody, ale musiała też  być nietuzinkową kobietą pod każdym względem skoro zaistniała w czasach i miejscu niesprzyjającym kobietom. Urodziła Sulejmanowi pięcioro dzieci i zatrzymała przy sobie jego miłość przez 38 lat. Pisał dla niej wiersze miłosne i pozwalał jej mieć rzeczywisty wpływ na  politykę. A zaczęła jako niewolnica w haremie. Jak znajdę jakaś książkę o niej, to chętnie poczytam.

"Wspaniałe stulecie" niestety rozczarowało mnie drewnianą grą aktorską i brakiem ducha historii. Na dłuższą metę nie da się tego oglądać. Możliwe, że przedsięwzięcie było ambitne i miało być turecką dynastią Tudorów, ale niestety wyszło skrzyżowanie "mody na sukces" z "niewolnicą Isaurą".
Zanim wyhamowałam obejrzałam kilkanaście odcinków (dostępne online na stronach telewizji polskiej) i mam kilka refleksji. 
Jak się człowiek wciąga w historię obcego kraju, to po jakimś czasie się przywiązuje i to, co wcześniej wydawało się egzotyczne, staje się zupełnie naturalne. Europejczycy to bezbożne dzikusy, Bóg to Allach a kciuki trzyma się  za zdobycie Belgradu. Tu Osmanie nie są armią wroga, są "nasi". Interesująca perspektywa. Szkoda, że serial jest marny, bo patrzenie w ten sposób jednak ustawia do pionu. Pokazuje, że rzeczywistość jest kwestią interpretacji w zależności od punktu odniesienia.  
A wracając do serialu Sulejman został sułtanem w wieku 26 lat. Zaczął rządy od podbojów i reform. Nie sądzę,  przy całej sympatii, nie wydaje mi się, żeby dobrze go zagrał  uroczy, stateczny, czterdziestoczteroletni Halit Ergenç.
I nawet nie chodzi o różnice wieku tylko o różnice wyobrażeń. 
Tak miałby wyglądać żądny chwały i sławy młody sułtan? 













Ja bym go raczej tak widziała:
















(to jest Mehmet Günsür też aktor, własnie szukam filmów z nim)

Serialowa Roksolan nie uwiodła mnie, ale była źródłem inspiracji. W serialu kilkakrotnie wspomniano, że lubi rachatłukum
Przepis nie do końca tradycyjny, ale zachęcający znalazłam na ugotuj.to
Niestety okazało się, że nie mam w domu cukru. 
Miałam za to wenę twórczą.
Wlałam do rondelka szklankę mleka i wsypałam 5 łyżek kaszy manny, dorzuciłam garść rodzynków, kilka łyżek mielonych orzechów, dosypałam płatków z nasion amarantusa (kupiłam kiedyś, bo nie wiedziałam, co to jest) i mieszałam czekając aż zgęstnieje.
Bardzo dobre wyszło. 

Tak mniej więcej wyglądają moje (po)ciągi. I jak u Tuwima  "tych wagonów jest ze czterdzieści...". 
Dlatego przepraszam, jeśli ktoś poleca mi film a ja się ociągam z oglądaniem. To nie tak, że nie ufam i nie tak, że mi się nie chce. Skrzętnie notuję na liście oczekujących. I czekam na pociąg.