Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (2017) reż. Martin McDonagh

czyli o miejscu w mojej głowie, którego nie chcę znać


Ten film to jeden z tegorocznych kandydatów do Oskara ale zdecydowanie nie powinnam była go oglądać. Znakomity, niezwykle klimatyczny, świetnie zagrany i żałuję, że oglądałam. W małym  miasteczku, gdzieś koło niczego, zostaje zgwałcona i brutalnie zamordowana młoda dziewczyna. Wiele miesięcy później matka dziewczyny Mildred Hayes, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią córki, umieszcza na billboardach reklamowych  pytanie: Dlaczego jeszcze nie odnaleziono sprawcy?

Pochodzę z małego miasteczka - znam klimat. Mam córkę a i tak nie umiem sobie wyobrazić, co bym zrobiła na miejscu głównej bohaterki. Mózg odmawia mi współpracy. Bolała mnie każda minuta tego filmu i zupełnie nie wiem, o czym on był. 
O rozpaczy? Nie jestem pewna. O poczuciu straty? Poczuciu winy? Też mam wątpliwości. Może o tym wszystkim naraz. Frances Mcdormand tak zagrała Mildred, że weszłam w rezonans i chciałam krzyczeć. Chciałam wrzeszczeć na całe gardło w bezsilnej złości, że ich wszystkich nienawidzę i chcę, żeby ich tez bolało. Obejrzałam do końca, bo miałam nadzieję, że to obezwładniające poczucie bezsilności przejdzie mi jak na końcu film zatriumfuje sprawiedliwość. Bardzo chciałam, żeby to był amerykański film z dobrym zakończeniem. 
Dostałam kawał  prawdy o życiu i o ludziach. Prawdy, o którą nie prosiłam i nie chciałam jej znać. Nigdy nie obejrzę tego drugi raz.



Mam jednak refleksję o miłości. I odpowiedzialności za miłość. Mały Książę dowiaduje się od lisa, że  „jest się odpowiedzialnym za to, co się oswoi”. Jak umiera ktoś bliski, często ludzie żałują, że nie zdążyli się pożegnać, powiedzieć "kocham", że nie zrobili stu rzeczy które powinni byli zrobić a teraz jest za późno. Mają żal. Żal jest dobry. Złe jest poczucie winy "że to przeze mnie, że mogłam coś zrobić, albo czegoś nie robić, że mogłam powiedzieć, albo zamknąć się w porę, że miałam wpływ, że ..."  

Kiedyś, dawno temu, miałam dwadzieścia kilka lat i kłóciłam się z chłopakiem. W pokoju, w akademiku na ósmym pietrze. Wrzeszczeliśmy do siebie okropne rzeczy, ja chciałam wyjść, on usiłował mnie zatrzymać, wyrwałam mu rękę i on wtedy mnie uderzył. To był ten moment, kiedy nastąpiło zatrzymanie kadru i cisza. Dla mnie to była granica, której nie powinien był przekraczać. "To koniec". Otworzyłam drzwi i wtedy on stanął na parapecie i powiedział:
- Wyskoczę, jeśli wyjdziesz
- Skacz - powiedziałam i wyszłam. 

Jestem mu wdzięczna, że nie wyskoczył. Nie udźwignęłabym. Dziś wiem, że ludzie czasem mówią podłe rzeczy  i zachowują się paskudnie i to wcale nie znaczy, że są źli i zasługują na śmierć, albo są za cudzą śmierć odpowiedzialni.  

Tłumaczyłam dziś córce:
- Kochanie, gdyby kiedyś przydarzyła nam się taka sytuacja, że byśmy się pokłóciły. Ale tak strasznie, tak strasznie, że ja bym w babci stylu wyszła szlochając "Idę sobie umrę cichutko w kąciku" a ty byś krzyczała za mną "Idź i umrzyj!" to...
- Mamo, czy ty coś piłaś czy oglądałaś? - zapytała córka podejrzliwie - Dlaczego miałybyśmy się kłócić? 
- Wyobraź sobie hi-po-te-ty-cznie. To bardzo ważne - rozpędzałam się - No i jeśli po takiej kłótni ja bym na przykład wpadła pod autobus, albo spadła z dachu albo cokolwiek. W każdym razie, gdybym zginęła. Rozumiesz? To nie będzie twoja wina tylko głupi wypadek. Obiecuję, że nigdy, przenigdy nie umrę ci specjalnie.  
- No ja myślę! Zabiłabym cię, gdybyś to zrobiła.




Najlepszy (2017) reż.Łukasz Palkowski

czyli determinacja moją siłą

Trudno się pisze w emocjach a film nie dość że poruszył mi wyobraźnię, to jeszcze dotknął mnie osobiście. 
Po pierwsze brawo za scenariusz.
Ja wiem, że historię napisało życie i doprawdy niczego w niej poprawiać nie trzeba, ale życie pisało ją  dwadzieścia lat a film trwał 109 minut.
Po drugie brawa za reżyserię.
Po kilku obiecujących gniotach wiem, że znakomita obsada niczego nie gwarantuje a po "Najlepszym" widzę, że reżyser może dać pole do popisu.

Dygresja: Kilkanaście lat temu mój siostrzeniec kupił stary dom do remontu bardzo podobny do mojego ówczesnego domu. Potrzebowałam inspiracji, kupowałam wszelkie pisemka o projektach wnętrzarskich i wyczulona byłam na wszelki dizajn. Siostrzeniec zaczął zmiany, których byłam bardzo ciekawa zwłaszcza, że był ograniczony funduszami  (moje fundusze też były skromne). Jak moja przyjaciółka przyjechała po wizycie u niego i opowiadała z przejęciem jak świetnie, małym kosztem i funkcjonalnie wyremontował parter, to zapytałam ją z przejęciem:
- A na górze (w sensie, na piętrze, nasze domki były piętrowe)? Co Marek ma na górze?
- Na górze to Marek ma ... pole do popisu

Palkowski potrafi wyciągnąć z aktora wszystko, co ten ma. Gierszał ma talent i potencjał i to było widać w jego filmografii. Ale tu był doskonały. Zrobił na mnie wrażenie wcześniej ale w  "Najlepszym" mnie wzruszył a prócz talentu dał swojej postaci cząstkę swojej duszy.  Jest młody i życzę mu wielu takich ról. Drugi plan był jak idealna oprawa dla klejnotu. Cielecka w roli zupełnie wbrew warunkom (stworzona raczej do ról królowych nie podnóżków) - niezwykła. Żmijewski mocny epizod. Kot i Jakubik w formie. W znakomitej formie. I Gajos niemal gościnnie w roli trudnej legendy Kotańskiego.

Po trzecie:  bezpośrednie odniesienie do mojej filozofii życiowej. A mówi ona, że nadzieja ogranicza - wolność daje determinacja. Nie ma reguł uniwersalnych - determinacja to nie jest coś, co cię przeszkoli z "sensu życia". Determinacja to sprawdzian ostateczny, czy ja to ja, czy tylko wyobrażenie innych o mnie. Ja wiem, że nie każdy dostaje takie same karty do gry w życie, ale chcę wierzyć w to, że z tymi co dostajemy, można powiedzieć "pas" albo zablefować i wygrać.

Po czwarte muzyka. Mnie kupiła. Wtedy kiedy byłam nastolatką i teraz. Stare się nie zestarzało a nowe dorównało.

To bardzo dobry film i bardzo dobrze robi. Niech jego  moc się udziela.

Konstytucja (2016) reż. Rajko Grlić

czyli normalnie strach się bać

Kiedy pierwszy raz poleciałam z córką do Londynu do przyjaciółki, ta zabrała nas na wycieczkę po mieście, żeby pokazać nam parę atrakcji. Ja bardzo chciałam zobaczyć muzeum  figur woskowych madame Tussaud. Akurat w muzeum w ramach atrakcji turystycznej można było przejść ścieżkę strachu. Zdecydowanie było to widowisko na naprawdę wysokim poziomie, żadne
"przebacz mi Brunhildo". Nie lubię się bać, dlatego nie oglądam horrorów, ale też nie boję się straszydeł, upiorów, trupów, wampirów i innych stworów. To znaczy pewnie bym się przestraszyła, gdybym zobaczyła znienacka, bo bałabym się realnej namacalnej krzywdy, którą może mi potwór zrobić. Wtedy jednak, przed wkroczeniem na ścieżkę, wyraźnie nam zapowiedziano, że pojawiające się postaci nie będą nas dotykać. Nie wolno im.  I ja już zupełnie się uspokoiłam, bo źródło mojego lęku tkwiło w niechcianym dotyku. Owszem doceniłam nastrój grozy, nagłe szepty do ucha, muzykę, grę światłocieniem i upiorny taniec, i akrobacje, i makijaże pojawiających się znienacka postaci. Piękne to było i bardzo klimatyczne. Doceniłabym bardziej, gdyby nie wczepione we mnie jak kleszcze przyjaciółka i córka. Ze ściśle zamkniętymi oczami, przerażone i piszczące przy każdym nagłym dźwięku. Próbowałam powiedzieć, że jak otworzą oczy, to przestana się bać,  że to spektakl. No głuche były na perswazje i ślepe. Ślepe akurat na własne życzenie. Trochę ubawione, trochę zirytowane dociągnęłyśmy razem z Korą (nastoletnią córką przyjaciółki) te kłębki rozedrganej histerii do wyjścia:
- Ale czego tak konkretnie się bałaś? Przecież wiedziałaś, że żadne straszydło cię nie dotknie. Czego się bałaś? 
- Nie wiem, ale to było straaaaszne.  
Nie ma nic gorszego od niezdefiniowanego strachu. 

Inna sytuacja. Kiedy Ola miała 5-6 lat poszłyśmy nad jezioro ze znajomymi i ktoś wpadł na pomysł, żeby nałowić raków. Polowania na raki nie lubię, ale weszłam do wody i patrzyłam czy są. Ola weszła do wody zobaczyła raka i ją sparaliżowało. Stoi blada jak ściana, oczy zamknięte, prawie płacze, że kroku nie zrobi, bo się boi. 
- Czego się boisz, kochanie? - pytam
- Boję się, że nadepnę raka niechcący i on mnie uszczypnie
Z całkiem poważną miną powiedziałam : 
- Kochanie, jeśli nadepniesz raka, dostaniesz nagrodę, jaką zechcesz. Możesz mieć życzenie, a wiesz, że ja dotrzymuję słowa. Nie "niechcący" - specjalnie spróbuj go dotknąć. Tylko dotknąć. Każde życzenie, obiecuję. 
Zawahała się. 
Z jednej strony wcale nie chciała tych raków łapać, ale z drugiej matka nie była taka skora do składania obietnic in blanco. Skoro złożyła  to znaczy, że nadepnięcie na raka łatwe nie jest, trzeba się postarać. Tak sobie wykombinowała i otworzyła oczy. Skorupiaka już nie było, uciekł. Uciekły też wszystkie następne, zanim zdołała się przyjrzeć. Ja nie musiałam spełniać życzenia, a dziecko przestało się bać raków.

Na "Konstytucję" poszłam, niczego o tym filmie nie wiedząc. Piotr Czerkawski
Zapowiedział film krótko "Jeśli lubią państwo filmy Kieślowskiego - powinno wam się podobać". O ile przed seansem przyjęłam to za dobra monetę, to po seansie nie jestem pewna, co miał na myśli.
Filmy Kieślowskiego odbieram jak współczesne moralitety, jak  pytanie o człowieczeństwo, o dobro i zło. Kieślowski był filozofem, patrzył na człowieka w sposób transcendentny i próbował pokazywać przez jednostkę uniwersalne wartości.   Rajko Grlić choć tak samo pięknie potrafi wziąć człowieka pod lupę i to jednak zupełnie inny ma do człowieka i do człowieczeństwa stosunek. Nie odkrywa wielkiej tajemnicy tylko raczej wstydliwy sekret. Pokazuje człowieka w całej palecie barw jego urodę i przypudrowane pryszcze.


Trójka głównych bohaterów: Vjeko- profesor akademicki, gej, nacjonalista, lubiący przebierać się w damskie ciuszki,  opiekujący się przykutym do łóżka ojcem - mieszka po sąsiedzku z małżeństwem mieszanym.  On - dobroduszny Serb - policjant, wrażliwy i życzliwy choć o urodzie kojarzącej się raczej z seryjnym mordercą. Ona - pielęgniarka, Chorwatka, która przy całej swojej otwartości na świat, odrzuceniu stereotypów, knuje swój interesowny plan. Mieszkają obok siebie,  ale starannie unikają kontaktu. Przypadek sprawia, że nagle stają się sobie potrzebni.
Ja wiem, że to galeria paradoksów, ale wierzcie mi, że każda z tych postaci jest przekonująca i da się lubić, mimo ich  ograniczeń, mimo irytujących zachowań, mimo zdziwienia, że w jednej głowie mogą powstać tak skrajne przekonania. W gruncie rzeczy bardzo uniwersalny film o tym, jak irracjonalnie  pozwalamy się zastraszać, jak strach nas paraliżuje i ogłupia. Jak lęk zamyka nam oczy na rzeczywistość. 
Jest  to koncert na troje aktorów. Wybitne kreacje i absolutnie cudownie groteskowy scenariusz. Każdy kadr, każdy dźwięk ma znaczenie. Film jest niezwykle intensywny, ale przy tym zupełnie nie przygniata widza. Wręcz przeciwnie, łagodnie prowadzi za rękę podstępnie edukując. 

O ile Kieślowski jest dla mnie dzieckiem renesansu to Rajko Grlić zdecydowanie zgodnie z ideą oświecenia uczy bawiąc, ucząc bawi. Trzeba tylko otworzyć oczy.
Kieślowski był głęboko rozczarowany człowiekiem, jako istotą stworzoną na obraz i podobieństwo boga. Grlić w gruncie rzeczy człowieka lubi choć nadziwić się jego ignorancji nie może. Przypomina mi się mądrość z Szwejka Haska:
– Szwejku, Jezus Maria, Himmelherrgott, ja was zastrzelę, bydle jedno, ośle, kretynie, gówniarzu jeden! Czy można być takim bałwanem?
– Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że można.
Tylko otwórz oczy. 




















ps.
Jest w "Konsytuacji"  postać epizodyczna żywcem z Kieślowskiego wyjęta. Na fabułę nie ma wielkiego wpływu, ale pięknie zamyka w klamrę przypowieść. Pojawia się w dialogu jako szkodnik, który  rozrzuca w parku i na chodnikach kiełbasę szpikowaną tłuczonym szkłem. Kilka piesków w okolicy zdechło, więc - policjant, właściciel ukochanego czworonoga obiecuje sobie, że jak delikwenta dorwie, to mu nogi z dupy powyrywa. Słuszny gniew udziela się widzowi. W głowie nam się takie barbarzyństwo nie mieści. Któregoś dnia żona policjanta opowiada mu, że na ostry dyżur w szpitalu trafiła staruszka, która zjadła przez przypadek  nafaszerowaną kiełbasę. Prawdopodobnie matka tego człowieka. Staruszka zmarła. Osobnik nie wyciągnął wniosków i nadal rozrzucał śmiercionośną kiełbasę.






 

Kobieta z lodu (2017) reż. Bohdan Slama

czyli o kobiecie, która myślała, że jest kurą

Pięć dni pracy, dwa dni szkolenie i tak do końca listopada. Maraton. Lubię swoja pracę i lubię uczyć. Na szczęście. Nieco odpoczywam na sali szkoleniowej po tygodniu walki z klientami, urzędami i kontrolami. Nieco odpoczywam w pracy po dwóch dniach stania na obcasach. Jednak i tu i tu to jest jednak wysiłek umysłowy. Dlatego rzadko ostatnio decyduję się na wymagające kino. Ale przecież WAMA Film Festiwal uwielbiam. Oglądam, nieustająco zachęcam i zapraszam, gdyż idea festiwalu jest mi bardzo bliska i formuła przyjazna. Wybrałam się na dwa ostatnie konkursowe filmy. Z rozmów w kuluarach wynikało, że "Kobieta z lodu" jest faworytem festiwalu, ale werdykty jury zawsze mnie jednak zaskakują, 
Wyciągnęłam na seans Małgorzatę - moją koleżankę filmową.
Poznałyśmy się kilka lat temu na szkoleniu i w przerwie kawowej rozmowa zeszła na film. Kiedy powiedziałam, że uwielbiam kino indyjskie, Małgośka prychnęła lekceważąco, że ona nie znosi TAKIEGO kina. 
- A jakie filmy widziałaś? - zapytałam
- Nie widziałam, ale bollywood... 
- Małgosiu -  włączyła mi się edukatorka - przyjdź do mnie na film. Jeśli Ci się nie spodoba, to będziesz sobie mogła prychać do woli i słówkiem się nie odezwę. Ale jeśli Ci się spodoba, to nigdy przenigdy nie będziesz się fukać na największą, najbardziej różnorodną i absolutnie nieposiadająca wspólnego mianownika kinematografię na świecie. 
Tak się umówiłyśmy. 
Wypytałam starannie co lubi i puściłam jej "Wodę" Deepy Mahty. Łatwo poszło:) Małgorzata nie tylko przestała prychać, ale niedzielne seanse filmowe u mnie stały się nasza tradycją. Dlatego jak powiedziałam Gośce, że mam rezerwację na filmy festiwalowe, to nie pytała "na co?" tylko "na którą godzinę?"
Wychodząc z "Kobiety z lodu" i zadałyśmy sobie zgodnie pytanie: 
- Ty, o czym był ten film? 
- Opowiedzieć bym nie umiała, ale wydaje mi się, że to jest film o spóźnionym buncie. 
- Jej buncie? 
- No tak mi się wydaje. Starsza kobieta, wdowa i jej dwóch dorosłych już synów z żonami i dziećmi spotykają się co tydzień na tradycyjnym rodzinnym obiedzie. Masochistycznie się chyba spotykają, bo zupełnie nie mają ze sobą kontaktu, nie umieją rozmawiać, nie słuchają, nawet się nie lubią. Wigilia z moją matką mi się przypomniała. 
- Stateczna wdowa,  poznaje faceta, pierwszego lepszego z brzegu - tu nawet dosłownie na brzegu rzeki -  i się buntuje? Nie, jakoś mi się nie składa.

Historie filmowe o relacjach rodziców z dorosłymi dziećmi zawsze przykuwają moja uwagę i na ogół opowiadają się po którejś ze stron. Zajmują stanowisko. W filmie Slamy nie ma jednak łatwych rozwiązań.  Każda postać jest starannie przemyślana, wiarygodna psychologicznie i w jakiś sposób zagubiona. 
Życie głównej bohaterki Hany upływa w rytmie rytuału obiadów rodzinnych, aż do czasu kiedy przez przypadek wyławia z rzeki niczym złotą rybkę - Bronę - mężczyznę opiekującego się klubem morsów. Nieokrzesany, oryginalny, mieszkający z kurami w starym autobusie starszy pan robi na Hanie takie wrażenie, że decyduje się ona na życie z nim. Przełamać musi nie tylko własne opory, ale też przede wszystkim opór dzieci. Czy może być coś bardziej niestosownego od kury chodzącej po gościnnym stole? Nie byle jakiej kury. Kury Adelki, która myśli, że jest człowiekiem. Przy tak ustawionej poprzeczce wszystko inne już jest mniej szalone, prawda? Kobieta zyskuje przestrzeń.

Czy jest to historia o buncie? Nie sądzę. Hana się nie buntuje, tylko świeci odbitym światłem. Gdyby Brona był miłośnikiem opery a nie kąpieli w lodowatej wodzie, to Hana zainteresowałaby się operą.
Hana spełniała oczekiwania najpierw męża, potem dzieci i w końcu przyjaciela kochanka. Czy to jest historia o miłości? Na pewno jest o wszystkim tym, na czym miłość można zbudować. O akceptacji, o uważności,  o słuchaniu.
Na dobry początek trzeba wziąć przykład z kury i pomyśleć o sobie jak o człowieku. 
Masz żyć po pierwsze dla siebie a nie dla innych.  Martwa na nic się nikomu nie przydasz.

Nie należy jednak mylić ucieczki przed narzuconą rolą społeczną z ucieczka od odpowiedzialności przed konsekwencjami. 
I to nam Slama pokazuje, bez zadęcia i dydaktycznego smrodku. Polecam. 








Od czego się odbić?

czyli jak minął rok?


To był stabilny rok. W przeciwieństwie do zupełnie zwariowanego 2015, który przyniósł kilka dużych zmian. Ugruntowałam się i okrzepłam. Mogę ustawiać następną poprzeczkę:). Filmowo znacznie mniej, statystycznie też znacznie słabiej, albo ja zaczęłam surowiej oceniać.
Ani jednej dychy, cztery filmy do których na pewno będę wracać (niekoniecznie najwyżej ocenione) i kilkadziesiąt filmów poniżej średniej. 

Na dwa filmy zabrakło mi pomysłu na ocenę.
Pierwszy widziałam na LAF w Zwierzyńcu "Scena zbrodni" Joshuy Oppenheimera
z roku 2012 stanowi dyptyk z dwa lat późniejszą "Sceną ciszy". 
Jest to kino dokumentalne, opowiada o ludobójstwie w Indonezji. Opowiadają o nim głównie sprawcy, bo ofiary - jeśli żyją - wciąż się boją.  Nie umiem ocenić, bo reżyser zastosował środki stylistyczne zupełnie dla mnie niezrozumiałe. Nie chcę zniechęcać ale i nie namawiam. Tego się już nie da "od-zobaczyć". 
Drugi to również dokument o ludziach zafascynowanych otyłością. Zgroza. Nie rozumiem, po co kręcić o tym film o pokazywać go światu. Moim zdaniem na tuczenie człowieka w taki sposób powinien być paragraf, a chęć utycia dla "ukochanego mężczyzny" ponad 300 kilo należy leczyć przymusowo psychiatrycznie. Zdecydujmy się na jakąś konsekwencję. Jak ktoś stoi na dachu z zamiarem samobójczym, to się angażuje służby i odwodzi go od zamiaru wszelkimi sposobami. Jeśli kobieta zabija się na raty doprowadzając się do stanu w którym nie może samodzielnie funkcjonować to nagle volenti non fit iniuria? No litości. Nikt normalny nie chce być gruby. Nie mówię, że grubi są nienormalni. Mówię, że normalni grubi próbują sobie pomóc. Zanim się ktoś obruszy zaznaczam, że nie mówię o rozmiarze XL i względach estetycznych, tylko o otyłości zagrażającej zdrowiu.

Zupełnie niechcący obejrzałam "Urok wszeteczny" Zanussiego z 1996 roku. (telewizję oglądam w pokojach hotelowych i trafiłam na film jak już trwał. Zanussiego  zwykle omijam) i zafascynował mnie jako doskonały przykład filmu gdzie idiotycznej historii nie uratuje nawet najlepsze aktorstwo. Pokaz nawiedzonej reżyserii w najgorszym wydaniu. Zapasiewicz doskonały a Zanussi oczywiście nadęty kaznodzieja oderwany od rzeczywistości. Uwodzenie młodego niezłomnego naukowca przez bogatego Hrabiego wyglądało niemal jak kuszenie Chrystusa. Gdyby tak dorzucić kilka scen seksu wyszłaby całkiem zgrabna fantazja erotyczna. Upiorny moralitet (jak to ktoś na filwebie skomentował) albo dobra wymówka dla masturbujących się ukrytych homoseksualistów. Ja mu dałam ocenę "bardzo zły" (2). 
Tu wspomnę, że "Śmietankę towarzyską"  oceniłam na trzy. Dobrze zrobione, świetnie zagrane, ma specyficzny klimat i w ogóle dobry film. Ale ledwie wysiedziałam w kinie do końca. Mnie już neurotyczny bohater Allena nudzi. 
Na każdej większej imprezie znajdzie się ktoś taki, kto jest trzy drinki do przodu, chce "rozruszać towarzystwo" i zaczyna:
- A znacie to? Przychodzi do lekarza baba z żabą na głowie....
W klubach studenckich trzymałam się blisko takiego kolegi, co opowiadał kawały. Jak mnie te kawały zaczynały śmieszyć, to był znak, że powinnam iść do domu. Mój kolega został akurat gwiazdą piosenki polskiej ale inni jemu podobni na pewno kręcą filmy. W ubiegłym roku zaliczyłam siedemdziesiąt takich  filmów, w których|ktoś nakręcił jeszcze raz historię, którą wszyscy znają.
albo "Love story" - czyli jedno z bohaterów umiera
albo wariację o  Kopciuszku znajdującym księcia - na końcu żyli długo i szczęśliwie
albo Romea i Julię - oboje umierają 
albo bajka o wioskowym głupku, który po wielu przygodach okazuje się najdzielniejszy i najmądrzejszy, spuszcza łomot smokowi i dostaje pół królestwa i królewnę. I ojciec mu mówi, że jest z niego dumny.   
albo ... (jakieś sugestie?)
Można jeszcze dodać we wszystkich konfiguracjach duchy, zombie, wampiry i nadprzyrodzone moce, czarownice, elfy, wróżki i zawirowania czasowe. 
I ja się nawet dobrze bawię, przy tych filmach, jeśli są porządnie zrobione i nie udają, że zatrzymują Słońce i ruszają Ziemię. Smutno mi kiedy jest odwrotnie - film ma potencjał, ma coś interesującego do powiedzenia, ale jest to skopane, przekombinowane, źle zagrane i w ogóle zmarnowane.

Nie da się jednak sprowadzić do jednego zgrabnego mianownika filmów bardzo dobrych. Kilka chcę polecić:
"Planeta singli" (2016) w reż. imigranta Mitji Okorna  
Już nie miałam nadziei na  dobrą polska komedię, już byłam pewna, że nam tylko Smarzowski i Szumowska
wyznaczają jakiś poziom a na rozrywkę należy spuścić wstydliwie zasłonę milczenia. A tu proszę! Banalna historia, naprawdę nic odkrywczego, momentami nawet kiczowata. Zrobiona według sprawdzonych dobrych wzorców, przy tym jednak lekka, znakomicie zagrana, momentami wzruszająca. Maciej Stuhr  nawet rycerza na białym koniu potrafi zagrać bez popadania w karykaturę. To nie było łatwe:). No i to co lubię w filmie - znakomity drugi plan, bez chałtury. 
To jest niezwykły film. Jeden z tych obrazów, które niezauważalnie biorą widza za rękę i budują silną relację z bohaterem i opowiedzianą historią. Aiman pracuje w malezyjskim więzieniu o zaostrzonym rygorze. Jest młody, starannie wykonuje obowiązki i tym zwraca na siebie uwagę więziennego kata. Ten wybiera się na emeryturę i chce chłopaka wyszkolić na swojego następcę. 
Film jest ważnym głosem w debacie o karze śmierci. Bardzo ważnym, bo nie odpowiada na pytanie a zmusza do przemyślenia. Jestem pewna, że może służyć za argument obu stronom sporu. Film widziałam na WAMie  i moim zdaniem był najlepszy. 
Mam mieszane uczucia po filmie ale jednak mi został. Tak mam z filmami że niezależnie od wartości artystycznej niektóre porządkują (albo bałaganią) mi w głowie. To film z gatunku "zróbmy jakieś idiotyczne założenie i wokół niego zbudujmy dramę". Tu mamy  karkołomną próbę połączenia utopii z antyutopią. Otóż umawiamy się, że w Japonii wymyślono oryginalny sposób na kontrolę i redukcję populacji. Każdy uczeń pierwszej klasy szkoły podstawowej otrzymuje zastrzyk, który zabija co tysięczną osobę, nim ta ukończy 24. rok życia. Na dobę przed wyznaczonym czasem śmierci, ofierze i rodzinie wysyłane jest zawiadomienie. Pomysł dość makabryczny, ale w gruncie rzeczy najbardziej makabryczne w nim jest samo zawiadomienie. śmierć sama w sobie, sprawiedliwa czy nie nie robi wrażenia. Wrażenie robi czas, który znamy. 
To jak to właściwie z nami ludźmi jest? Chcemy wiedzieć i mieć ten czas?  
"Od wszelkiego złego, wybaw nas, Panie.
Od powietrza, głodu, ognia i wojny, wybaw nas, Panie.
Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw nas, Panie"

Czy nie chcemy wiedzieć? 






Listy od nieznajomego (2013) reż. Yariv Mozer

czyli ślimaki w deszczu

Wybrałam ten film na konkurs prelegentów filmowych zupełnie przypadkowo i nie przyniósł mi szczęścia. 
Nagrodę główną i nagrodę publiczności wygrała Kaja Łuczyńska, która mówiła o "Serenie" Susanne Bier. 
Kaja też prowadzi blog  filmowy "Orbitowanie bez cukru". Była lepsza. 
No cóż, za rok się poprawię:). Pozdrawiam serdecznie panią, która dodała mi otuchy na dworcu w Zwierzyńcu w dniu wyjazdu. Niech się Pani objawi w komentarzu, proszę.

Wracając do "Listów..." Nie było łatwo. Film wymyka się prostym ocenom. Pierwsze pytanie jakie sobie zadałam to: Dlaczego w 2013 roku reżyser zdecydował się nakręcić historię, która dzieje się w roku 1989 w Tel Awiwie? Żeby to zrozumieć, trzeba film osadzić w kontekście zmian społeczno obyczajowych zachodzących w Izraelu na przełomie XX i XXI wieku. Jeszcze do 1987 roku homoseksualizm był w Izraelu był nielegalny a zaledwie 6 lat po wykreśleniu "zachowań homoseksualnych" z kodeksu karnego
Izrael zalegalizował konkubinaty osób tej samej płci i uznał małżeństwa jednopłciowe  zawarte za granicą.
W 2008 roku izraelskim homoseksualistom umożliwiono adopcję dzieci. W ciągu zaledwie 20 lat od prześladowań i zamykania w więzieniu do pełni praw. Ludzie przyzwyczajeni do ukrywania się, udawania i zaprzeczania,   zyskali  podmiotowość i widzialność. Mogli  wyjść ze skorup jak ślimaki w deszczu. 
Uczestnikami, świadkami a często sprawcami tej rewolucji byli między ludzie kultury. Pierwszym, który dokonał publicznie coming-outu był reżyser Amos Guttman, krótko po nim  twórcy  niezwykłej "Bańki mydlanej" Eytan Fox i Gal Uchowsky, piosenkarz Ivri Lider, pisarz Yossi Avni-Levy
"Listy od nieznajomego" to dla Yariva Mozera -  reżysera, scenarzysty, producenta i odtwórcy jednej z głównych ról debiut fabularny. Po nakręceniu kilkunastu świetnych filmów dokumentalnych twórca zdecydował się przenieść na duży ekran opowiadanie ze zbioru opowiadań "Ogród umarłych drzew" wydanego w 1995 roku (niestety nie po polsku). W jednym z wywiadów Mozer mówi: "Byłem na tyle tą lekturą przejęty, że zdecydowałem się przenieść na ekran opowiadanie zatytułowane „Snails in the Rain”. Wydawało mi się ono wprost stworzone pod adaptację. Scenariusz jest wypadkową tego, co napisał Yossi Avni-Levy, i moich własnych doświadczeń. Taka strategia wzięła się stąd, że czytając jego opowiadanie, miałem wrażenie, jakbym czytał historię opartą na mojej biografii"   

Dziś Izrael jest  jednym z najbardziej tolerancyjnych państw w regionie a Tel Awiw może być ziemią obiecaną osób ze środowisk LGBT. Dziś nie ma co wyważać otwartych drzwi ale nie zawsze tak było.

Głównego bohatera "Listów" poznajemy w 1989 roku, tuż po "odwilży". Boaz (Yoav Reuveni) ma 25 lat , jest studentem języków semickich, od ponad roku mieszka ze swoją dziewczyną Noą (świetna w roli Moran Rosenblatt) i w perspektywie ma prestiżowe stypendium w Jerozolimie. 
Kiedy Boaz zaczyna dostawać anonimowe listy od zakochanego w nim mężczyzny, wytrąca go to z równowagi. Przyzwyczajony do niewidzialności, do życia jakie sobie ułożył,  boi się zmiany. Nie wie, czy chce zmiany.
Reżyserskie  doświadczenie dokumentalisty i  wspólnota doświadczeń z bohaterem sprawiły, że Mozer nakręcił film niezwykle szczery. Technika prowadzenie kamery bardzo blisko bohatera pokazuje nam go jak przez szkło powiększające. Przekracza granice intymności ale nie daje dostępu do myśli bohatera.  Widz chwilami staje się podglądaczem a nie obserwatorem. Napięcie i dezorientacja bohatera udziela się nie tylko jego dziewczynie (Noa nie zamierza biernie patrzeć na rozpad swojego związku) ale też widzowi. Film dzieje się bardziej w głąb niż układa w ciąg zdarzeń. 

W  interesująca klamrę czasową układa się dobór ról. Grany przez Reuveniego główny bohater jest  mężczyzną przede wszystkim bardzo atrakcyjnym. Jego młodość i uroda przyciągają uwagę i kobiet i mężczyzn.  Kamera go kocha i z lubością  pokazuje jego doskonale zbudowane ciało. Bohater ma tego świadomość, ale jeszcze nie potrafi użyć swojego uroku jak oręża. Ta jego nieporadność dodaje mu tylko wdzięku. Mozer tak właśnie widzi siebie z tamtego okresu. I tęskni za takim sobą. Jak mówi, "bycie gejem w tamtych czasach wymagało odwagi i subtelności".
Ponad dwadzieścia kilka lat później kręci film, w którym wciela się  rolę mężczyzny dwadzieścia lat starszego, dojrzałego, nieco cynicznego. I zakochanego w Boazie. A może sobie samym?
 
Film można zobaczyć na Youtubie z polskimi napisami.  Polecam, ale się nie upieram:).



Ps, żeby się zbyt różowo nie zrobiło. Na świecie w 70 krajach homoseksualizm jest ciągle  przestępstwem. W  11 krajach można za niego  być skazanym na karę śmierci, w dwóch egzekucje są wykonywane.

Do poczytania też:.  
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,138262,18411477,eytan-fox-krytykuje-izrael-za-wiele-rzeczy-ale-rozpiera-mnie.html

http://www.fzp.net.pl/spoleczenstwo-i-gospodarka/geje-w-izraelu


Ida (2013) reż. Paweł Pawlikowski

czyli "nie chcemy tego Oskara"

Nie chciałam jeszcze pisać o tegorocznych Oskarach, bo niewiele widziałam. Po nominacjach i recenzjach ciekawa jestem filmu Grand Budapest Hotel, bo mam słabość do Ralpha Fiennesa i gotowa jestem mu wąsy wybaczyć. Poza tym liczę na niezłą zabawę z żonglerką gatunkami filmowymi. 
W kolejce zapisałam też sobie "Dzika drogę" ze względu na motyw wędrówki, który zawsze w kinie kupuję i zapowiedź co najmniej dwóch mocnych postaci kobiet. Reese Witherspoon zdobyła moje serce w "Legalnej blondynce" i od tamtej pory tylko ugruntowuję się w uczuciach. A do Laury Dern chyba przekonywać nie muszę. Poza tym tegoroczny wyścig po statuetkę w konkursie głównym  nie wydał mi się emocjonujący. 
Widziałam tylko "Teorię wszystkiego" Jamesa Marsha i choć nie był to czas stracony, to jednak film wybitny nie jest. Motyw genialnego umysłu uwięzionego w niedoskonałym ciele chyba się zużył, a jeśli nawet nie to Marsh niczego nowego w nim nie odkrył. Film owszem robi wrażenie, momentami wzrusza, daje niesamowite pole do popisu dla zaprezentowania umiejętności aktorskich Eddiemu Redmayne'owi (nominacja w pełni zasłużona), ale to chyba trochę za mało jak na najważniejszą nagrodę w branży.


Znacznie ciekawsza była rywalizacja w kategorii krótkometrażowych filmów dokumentalnych. Wystartowały w niej dwa polskie filmy i prawdę mówiąc własnie tu obstawiałam sukces Polski. "Joanna" Anety Kopacz, film szczególny dla polskiej blogosfery, bo bohaterka filmu - Chustka była "naszą" bohaterką. Filmu nie widziałam i trochę boję się obejrzeć. Boję się, że coś mi zepsuje. Tu reżyserka opowiada o filmie. 
Zupełnie z marszu i bez przygotowania zobaczyłam "Nasza klątwę"  i miałam nadzieję, że wygra. Tu można zobaczyć polecam:  Zaczęłam oglądać z lekkim zażenowaniem i ściśniętym gardłem. Zażenowana byłam amatorszczyzną, chropowatością, surowością filmu i porażona problemem z jakim musieli się zmagać bohaterowie. Ale już po kilku minutach, to co wydało mi się słabością i mankamentem okazało się atutem. Ta filmowa techniczna nieporadność była szczera i przestała zawadzać.  Rzeczywiście w pierwszej warstwie wydaje się niedokończony i niedojrzały. Ale jakby się tak zastanowić chwilę to bardzo dobrze oddaje zderzenie z sytuacja niedokończoną, niedojrzała, na którą  nie sposób się przygotować.  Film okazał się czymś więcej niż zapisem zmagań z chorobą dziecka i nabrał uniwersalnego charakteru. 
Bardzo dobry też jest meksykański "La Parka". Można zobaczyć w całości na Youtubie. Żaden z nich nie wygrał, co znaczy, że gusty moje i Akademii się rozmijają. Dlatego też na koniec sobie zostawiłam "najlepszy film nieanglojęzyczny"

Bardzo mnie cieszy Oskar dla "Idy". Bardzo, chociaż mam kilka uwag. Agata Kulesza zagrała znakomicie (to już zaczyna brzmieć jak truizm), historia była nośna, cały drugi plan rewelacyjny a zdjęcia na celujący. Najsłabszym ogniwem była Agata Trzebuchowska niestety wydała mi się papierowa i niewiarygodna. W porównaniu z resztą bohaterów. Inna rzecz, że poprzeczkę dziewczynie ustawiono naprawdę wysoko jak na debiut. Drugą łyżką dziegciu była dość żenująca wpadka scenografki ze zdjęciem Ireny Sendlerowej. 
Moim zdaniem wszystkie filmy w tej kategorii były znakomite i nie dawałam "Idzie" wielkich szans. Tym bardziej się cieszę z sukcesu i mierzi mnie to całe gówno, które się wylewa z portali prawicowych i ten płacz nad zakłamywaniem historii, "opluwaniem Polaków" i "wybielaniem Żydów". Krzywdę nam naprawdę zrobił Mickiewicz, skoro przy każdym wyrazie artystycznym, gdzie ktoś ośmieli pokazać, że nie każdy Polak to Milijon co to "za miliony kocha i cierpi katusze", powstają jak grzyby po deszczu "jednością silni, rozumni szałem" młodzi przyjaciele i "grzmią" odkleiwszy się od rzeczywistości.
"Nie chcemy tego Oskara, bo w "Idzie" żadnego złego Niemca nie ma"(nie będę do gnoju linkować, wybaczcie) Nie ma Niemca w latach sześćdziesiątych w Polsce w relacji młodziutkiej zakonnicy z jej ciotką. Hm... dziwne. Nie ma też wróżek, rekinów i hiszpańskiej inkwizycji. 
Wiadomość dla tych, co sobie tego Oskara kategorycznie nie życzą.
Uwaga:  
- Nie dostaliście go.


ps. A "Idę" można zobaczyć tu za niecałe 7 złotych