Cyrano Agency 2010 reż. Kim Hyeon-Seok

czyli o trudnej miłości

Trudna jest moja miłość do kina koreańskiego. Miłość do kina indyjskiego jest łatwa, bo ugruntowała się, weszła w fazę kompletnego związku, w którym jest intymność, namiętność  i zaangażowanie. Już nie muszę światu uczuć ogłaszać i wyzywać na "miecze alibo na topory" tych, którzy ośmielają się z mojej miłości kpić. Kocham, ufam i mam poczucie bezpieczeństwa. Wiem co/kogo lubię, czego się spodziewać, co potraktować pobłażliwie, co mnie zachwyca,  wzrusza i zapiera dech.  Kino koreańskie mam na etapie "jak on ślicznie kopie w stół" .
"Zakochanie jest ślepe, krótkotrwałe, daje silne uczucie szczęścia nieskalanego myślą i jest cokolwiek egoistyczne, a przynajmniej bardziej skoncentrowane na tym, kto kocha, niż na tym, kto jest kochany."  Psychologia miłości Bogdan Wojciszke
Uzupełniam "jak leci" filmografie ulubionych aktorów, już odróżniam nastolatków od czterdziestolatków i przyzwyczaiłam się do charakterystycznej melodii języka koreańskiego. Może się nawet nauczę wymawiać imiona i nazwiska.  Trudno. Wytrzymam:)

"Cyrano Agency" to  koreańska wariacja na temat francuskiego XIX wiecznego dramatu Edmonda Rostanda. 

Prawdziwy Cyrano de Bergerac był poetą i filozofem francuskim, żył w pierwszej połowie XVII wieku, zmarł mając zaledwie 36 lat. Podobno najbardziej znany jest z listów, ale nie udało mi się ich znaleźć  nigdzie w sieci*. Jego imienia i być może  życiorysu użył  Edmond Rostand w swoim dramacie wydanym 1897 roku.
                   Historia jest prosta.
Inteligentny, elokwentny i niezbyt urodziwy szlachcic Cyrano de Bergerac zakochuje się w młodej i ślicznej  kuzynce Roxanne. Dziewczyna tymczasem poznaje przystojnego, pięknego ale mało bystrego żołnierza Christiana. Młodzieniec nie potrafi się ładnie wysławiać, więc  prosi Cyrana o radę i pomoc w uwodzeniu dziewczyny. Cyrano pisze listy miłosne do kuzynki a ta zakochuje się w Christianie myśląc, że to on jest ich autorem. 

Christian ginie na wojnie a Roxanne pogrąża się z żałobie po ukochanym pielęgnując "jego" listy. Cyrano przez śmiercią wyznaje kuzynce, kto jest prawdziwym autorem listów. Roxanne uświadamia sobie, że "kochając całe życie jednego mężczyznę straciła go dwa razy".


Większość adaptacji dramatu, a trochę ich było,  skupia się na  losie Cyrana i jego tragicznej, niespełnionej miłości. Bohater umiera nie zaznawszy szczęścia ale aktorom, którzy go grali rola przynosiła same sukcesy.
Moja przygoda z Cyranem zaczęła się w 1990 roku od filmu "Cyrano de Bergerac" w reżyserii Jean-Paula Rappeneau. Gerard Depardie za rolę tytułową zgarnął między innymi Cezara, Złotą Palmę i nominację do Oskara. Miałam dwadzieścia parę lat, Depardie ceniłam za jego kunszt aktorski ale nigdy nie był w moim typie. Doskonale rozumiałam, że moja ówczesna rówieśnica Roxanne była ślepa na jego miłość. Żal mi było Cyrana i owszem czułam smutek, ale nie kibicowałam jego miłości.


Miałam  lat 30 +, już jakieś doświadczenia, świadomość prozopagnozji  i dużą wrażliwość na głos, kiedy w roli Cyrana zobaczyłam w teatrze telewizji Piotra Fronczewskiego. Sztuka została zarejestrowana w 1981, weszła do złotej setki teatru TV ale ja miałam okazję ją oglądać przy jakiejś powtórkowej emisji. Trudno mi było zrozumieć dlaczego absolutnie zachwycający Cyrano - Fronczewski uważa, że jest mniej atrakcyjny od trudno odróżnialnego od ściany Christiana (dopiero dziś sprawdziłam, że grał go młodziutki Marek Kondrat). Oka i ucha od Fronczewskiego oderwać nie mogłam. Płakać zaczęłam w połowie spektaklu, bo przecież znałam zakończenie.

Adaptację Michaela Gordona z 1950 (na YT w oryginalnej wersji językowej) obejrzałam całkiem niedawno  z ciekawości.  Przyniosła  Jose Ferrer  Oskara i Złoty Glob.

Świetna kreacja aktorska, ale ja już wyrosłam z Cyrana i jego gierek. Już mnie nie wzrusza jego "miłość", bo więcej w niej widzę egoizmu i blagi niż namiętności. Nie przekonują mnie jego rozterki, bo świadczą tylko o tym, że (nomen omen) w nosie miał Roxanne i jej uczucia.  

W roku 1964, na fali popularności gatunku "płaszcza i szpady" Jose Ferrer jeszcze raz zagrał Cyrano de Bergeraca w filmie Abla Gance
W roku 1642 na dworze francuskim para zubożałych szlachciców z Gaskonii, Cyrano de Bergerac i  najsłynniejszy z muszkieterów D'Artagnan szuka przygód w Paryżu. Panowie zakochują się w dwóch damach dworu Ninon de Lenclos i Marion de l'Orme i postanawiają je uwieść. Damy również zwróciły łaskawe oko na  bohaterów, ale niestety "na krzyż". Spryciarze postanawiają pójść za głosem swoich serc i pod osłoną nocy udawać w sypialni "tego drugiego". Film zasługuje na obejrzenie ze względu na przepiękną scenę, w której bohaterki opowiadają sobie wrażenia po upojnej nocy z kochankami. Z tej rozmowy mężczyźni więcej mogliby się nauczyć o seksie niż z filmu porno (nie należy  W OGÓLE czerpać wiedzy o seksie z porno). Kobiety w końcu zyskują podmiotowość w historii tych miłości. No może jeszcze ułomną i na miarę lat 60-tych ale Ninon i Marion są pełnowymiarowymi postaciami. 

Do klasycznej idei sięga Hyeon-seok Kim w Cyrano Agency z 2010 roku. Jest to pod wieloma względami najbliższa mi adaptacja choć historia osadzona jest we współczesnej Korei Południowej i dopisano jej inne zakończenie. 
Czwórka bezrobotnych aktorów zakłada agencje świadcząca nietypowe usługi. Pomagają klientom umawiać się na randki i tak prowadzić spotkania, by sprawnie rozkochać w sobie wybrankę. Grupa wykorzystuje schematy filmowe, wiedzę psychologiczną, talenty aktorskie i nowoczesną technikę do tego, żeby zaprogramować idealne, sprzyjające okoliczności., w których dziewczyny zakochują się w klientach agencji. Tu nie mamy prostego wyboru między atrakcyjność fizyczną a urodą intelektualną. Film pokazuje, że manipulacja jest skuteczna pozornie. Płytko i krótko. Istotą i trwałym fundamentem miłości jest zaufanie. Cała reszta bez zaufania, to tylko rekwizyty w spektaklu. 

Zakochujemy się nie w drugim człowieku, tylko we własnym marzeniu o nim. "Silne uczucie nieskalane myślą skupione na tym, kto kocha". Wystarczy poruszyć strunę i nie przeszkadzać wyobraźni. Tylko tyle i aż tyle. 

Polecam "Cyrano Agency" do obejrzenia na drama-online.


Kler 2018 reż. Wojciech Smarzowski

czyli cały ten zgiełk

(Jeśli ktoś nie widział niech odpuści notkę, bo będą spojlery)
Jeśli chodzi o frekwencje w kinach, "Kler" jest w Polsce film roku 2018. Nie jest to tylko film i jego wartość wykracza poza wartość sztuki filmowej.

Gdybym miała porównać to podobny ładunek emocjonalny miała "Pasja" Gibsona. Film artystycznie bardzo słaby, płaski i niestety kiepsko wyreżyserowany, ale odbił się szerokim echem na  całym świecie i dla wielu odbiorców był przeżyciem niemal mistycznym. Sam temat  ma taki ładunek emocjonalny, że dla wielu osób realizacja tematu to projekcja własnych przekonań czy lęków w ramach mechanizmów obronnych. 
"Pasja" nie pokazuje niczego nowego. Niczego, o czym by nie wiedział każdy chrześcijanin,  każdy człowiek na ziemi, który o chrześcijaństwie choćby słyszał. Jezus  umarł męczeńską śmiercią. Został pochowany w grobie a po kilku dniach odżył.  Że brutalne? Że realistyczne sceny tortur? Naprawdę?

Ale wracając. "Kler" to na szczęście film dużo lepszy od "Pasji". Porusza trudny i niewygodny temat życia funkcjonariuszy Kościoła. Mówienie o zepsuciu środowisk kościelnych  w Polsce to trochę tak, jak mówienie o polskim antysemityzmie. Większości się wydaje, że jak zamkną oczy, to nie będzie widać. Ostatnia afera wokół księdza Jankowskiego dokładnie pokazuje jak patologia i przestępstwa wśród księży są pod systemową, specjalną ochroną.  I  żaden film, żadna książka, ani żadna afera nie była dość szokująca, żeby te mechanizmy ochronne wywlec i napiętnować. Kurz opadł, para skandalu poszła w gwizdek.
Film Smarzowskiego jest trudny nie dlatego, że "otwiera oczy" na patologię w środowisku, ale dlatego każe zrobić rachunek sumienia. Nie tylko katolikom, którzy milcząc wspierają ale wszystkim pozostałym "Nie Mój Problem". Jesteśmy współwinni.  O wypaczeniu kleru mówi się  na świecie od wieku lat i kościoły w innych krajach już są na etapie zarządzania kryzysem. Nawet Watykan zamienił konserwatywnego Benedykta, na postępowego Franciszka, który dwoi się troi, żeby ratować wizerunek. Kościół ma doświadczenie w reformacji i kontrreformacji. Umył ręce po wojnach krzyżowych, konkwistach, inkwizycji i paleniu czarownic. Został rozgrzeszony z romansu z nazizmem i komunizmem   - poradzi sobie z gwałceniem dzieci.

Fala protestów przed kinami  "błogosławionych", którzy nie widzieli a uwierzyli jest  rozpaczliwym wołaniem o nieświadomość.  Oni wiedzą, nie protestowaliby gdyby nie wiedzieli. Protestują, bo nie chcą wiedzieć. I całe szczęście, że protestują zanim zobaczyli.Tak paradoksalnie film dostarczyłby im argumentów w debacie.  
W filmie ksiądz oskarżony o pedofilię okazuje się niewinny. Ksiądz alkoholik, prowadzący samochód po pijanemu, podejrzany o śmiertelne potrącenie pieszego okazuje się niewinny.
Księża oprawcy zostają pokazani przez pryzmat bycia ofiarą w dzieciństwie. Aż ich żal. 
A poza tym  subtelnie zaznaczone seks, kasa, rozgrywki polityczne, alkohol, dziwki, hazard. Samo życie i nic złego przecież. Ksiądz też człowiek. To się dzieje. I jest powszechne. Można dyskutować o skali problemu, ale nie ma co dyskutować o samym fakcie.
Wszystkie najmocniejsze sceny w "Klerze"  zdarzyły się naprawdę i echem odbiły w mediach. Wszystkie kontrowersyjne kwestie wypowiadane w filmie przez księży niestety padły naprawdę z ust hierarchów w ich wypowiedziach publicznych. 
Smarzowski szczeliny nie zostawił wrogom na to, żeby mogli go oskarżyć o nadużycie.  Bardzo  grzeczny film nakręcił. Grzeczny i zachowawczy. Nie jest to najlepszy film reżysera, ale z pewnością potrzebny.

Poza tym  uwielbiam plebanię "Ojca Mateusza", szpital w Leśnej Górze i Artura Żmijewskiego.







Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (2017) reż. Martin McDonagh

czyli o miejscu w mojej głowie, którego nie chcę znać


Ten film to jeden z tegorocznych kandydatów do Oskara ale zdecydowanie nie powinnam była go oglądać. Znakomity, niezwykle klimatyczny, świetnie zagrany i żałuję, że oglądałam. W małym  miasteczku, gdzieś koło niczego, zostaje zgwałcona i brutalnie zamordowana młoda dziewczyna. Wiele miesięcy później matka dziewczyny Mildred Hayes, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią córki, umieszcza na billboardach reklamowych  pytanie: Dlaczego jeszcze nie odnaleziono sprawcy?

Pochodzę z małego miasteczka - znam klimat. Mam córkę a i tak nie umiem sobie wyobrazić, co bym zrobiła na miejscu głównej bohaterki. Mózg odmawia mi współpracy. Bolała mnie każda minuta tego filmu i zupełnie nie wiem, o czym on był. 
O rozpaczy? Nie jestem pewna. O poczuciu straty? Poczuciu winy? Też mam wątpliwości. Może o tym wszystkim naraz. Frances Mcdormand tak zagrała Mildred, że weszłam w rezonans i chciałam krzyczeć. Chciałam wrzeszczeć na całe gardło w bezsilnej złości, że ich wszystkich nienawidzę i chcę, żeby ich tez bolało. Obejrzałam do końca, bo miałam nadzieję, że to obezwładniające poczucie bezsilności przejdzie mi jak na końcu film zatriumfuje sprawiedliwość. Bardzo chciałam, żeby to był amerykański film z dobrym zakończeniem. 
Dostałam kawał  prawdy o życiu i o ludziach. Prawdy, o którą nie prosiłam i nie chciałam jej znać. Nigdy nie obejrzę tego drugi raz.



Mam jednak refleksję o miłości. I odpowiedzialności za miłość. Mały Książę dowiaduje się od lisa, że  „jest się odpowiedzialnym za to, co się oswoi”. Jak umiera ktoś bliski, często ludzie żałują, że nie zdążyli się pożegnać, powiedzieć "kocham", że nie zrobili stu rzeczy które powinni byli zrobić a teraz jest za późno. Mają żal. Żal jest dobry. Złe jest poczucie winy "że to przeze mnie, że mogłam coś zrobić, albo czegoś nie robić, że mogłam powiedzieć, albo zamknąć się w porę, że miałam wpływ, że ..."  

Kiedyś, dawno temu, miałam dwadzieścia kilka lat i kłóciłam się z chłopakiem. W pokoju, w akademiku na ósmym pietrze. Wrzeszczeliśmy do siebie okropne rzeczy, ja chciałam wyjść, on usiłował mnie zatrzymać, wyrwałam mu rękę i on wtedy mnie uderzył. To był ten moment, kiedy nastąpiło zatrzymanie kadru i cisza. Dla mnie to była granica, której nie powinien był przekraczać. "To koniec". Otworzyłam drzwi i wtedy on stanął na parapecie i powiedział:
- Wyskoczę, jeśli wyjdziesz
- Skacz - powiedziałam i wyszłam. 

Jestem mu wdzięczna, że nie wyskoczył. Nie udźwignęłabym. Dziś wiem, że ludzie czasem mówią podłe rzeczy  i zachowują się paskudnie i to wcale nie znaczy, że są źli i zasługują na śmierć, albo są za cudzą śmierć odpowiedzialni.  

Tłumaczyłam dziś córce:
- Kochanie, gdyby kiedyś przydarzyła nam się taka sytuacja, że byśmy się pokłóciły. Ale tak strasznie, tak strasznie, że ja bym w babci stylu wyszła szlochając "Idę sobie umrę cichutko w kąciku" a ty byś krzyczała za mną "Idź i umrzyj!" to...
- Mamo, czy ty coś piłaś czy oglądałaś? - zapytała córka podejrzliwie - Dlaczego miałybyśmy się kłócić? 
- Wyobraź sobie hi-po-te-ty-cznie. To bardzo ważne - rozpędzałam się - No i jeśli po takiej kłótni ja bym na przykład wpadła pod autobus, albo spadła z dachu albo cokolwiek. W każdym razie, gdybym zginęła. Rozumiesz? To nie będzie twoja wina tylko głupi wypadek. Obiecuję, że nigdy, przenigdy nie umrę ci specjalnie.  
- No ja myślę! Zabiłabym cię, gdybyś to zrobiła.




Najlepszy (2017) reż.Łukasz Palkowski

czyli determinacja moją siłą

Trudno się pisze w emocjach a film nie dość że poruszył mi wyobraźnię, to jeszcze dotknął mnie osobiście. 
Po pierwsze brawo za scenariusz.
Ja wiem, że historię napisało życie i doprawdy niczego w niej poprawiać nie trzeba, ale życie pisało ją  dwadzieścia lat a film trwał 109 minut.
Po drugie brawa za reżyserię.
Po kilku obiecujących gniotach wiem, że znakomita obsada niczego nie gwarantuje a po "Najlepszym" widzę, że reżyser może dać pole do popisu.

Dygresja: Kilkanaście lat temu mój siostrzeniec kupił stary dom do remontu bardzo podobny do mojego ówczesnego domu. Potrzebowałam inspiracji, kupowałam wszelkie pisemka o projektach wnętrzarskich i wyczulona byłam na wszelki dizajn. Siostrzeniec zaczął zmiany, których byłam bardzo ciekawa zwłaszcza, że był ograniczony funduszami  (moje fundusze też były skromne). Jak moja przyjaciółka przyjechała po wizycie u niego i opowiadała z przejęciem jak świetnie, małym kosztem i funkcjonalnie wyremontował parter, to zapytałam ją z przejęciem:
- A na górze (w sensie, na piętrze, nasze domki były piętrowe)? Co Marek ma na górze?
- Na górze to Marek ma ... pole do popisu

Palkowski potrafi wyciągnąć z aktora wszystko, co ten ma. Gierszał ma talent i potencjał i to było widać w jego filmografii. Ale tu był doskonały. Zrobił na mnie wrażenie wcześniej ale w  "Najlepszym" mnie wzruszył a prócz talentu dał swojej postaci cząstkę swojej duszy.  Jest młody i życzę mu wielu takich ról. Drugi plan był jak idealna oprawa dla klejnotu. Cielecka w roli zupełnie wbrew warunkom (stworzona raczej do ról królowych nie podnóżków) - niezwykła. Żmijewski mocny epizod. Kot i Jakubik w formie. W znakomitej formie. I Gajos niemal gościnnie w roli trudnej legendy Kotańskiego.

Po trzecie:  bezpośrednie odniesienie do mojej filozofii życiowej. A mówi ona, że nadzieja ogranicza - wolność daje determinacja. Nie ma reguł uniwersalnych - determinacja to nie jest coś, co cię przeszkoli z "sensu życia". Determinacja to sprawdzian ostateczny, czy ja to ja, czy tylko wyobrażenie innych o mnie. Ja wiem, że nie każdy dostaje takie same karty do gry w życie, ale chcę wierzyć w to, że z tymi co dostajemy, można powiedzieć "pas" albo zablefować i wygrać.

Po czwarte muzyka. Mnie kupiła. Wtedy kiedy byłam nastolatką i teraz. Stare się nie zestarzało a nowe dorównało.

To bardzo dobry film i bardzo dobrze robi. Niech jego  moc się udziela.

Konstytucja (2016) reż. Rajko Grlić

czyli normalnie strach się bać

Kiedy pierwszy raz poleciałam z córką do Londynu do przyjaciółki, ta zabrała nas na wycieczkę po mieście, żeby pokazać nam parę atrakcji. Ja bardzo chciałam zobaczyć muzeum  figur woskowych madame Tussaud. Akurat w muzeum w ramach atrakcji turystycznej można było przejść ścieżkę strachu. Zdecydowanie było to widowisko na naprawdę wysokim poziomie, żadne
"przebacz mi Brunhildo". Nie lubię się bać, dlatego nie oglądam horrorów, ale też nie boję się straszydeł, upiorów, trupów, wampirów i innych stworów. To znaczy pewnie bym się przestraszyła, gdybym zobaczyła znienacka, bo bałabym się realnej namacalnej krzywdy, którą może mi potwór zrobić. Wtedy jednak, przed wkroczeniem na ścieżkę, wyraźnie nam zapowiedziano, że pojawiające się postaci nie będą nas dotykać. Nie wolno im.  I ja już zupełnie się uspokoiłam, bo źródło mojego lęku tkwiło w niechcianym dotyku. Owszem doceniłam nastrój grozy, nagłe szepty do ucha, muzykę, grę światłocieniem i upiorny taniec, i akrobacje, i makijaże pojawiających się znienacka postaci. Piękne to było i bardzo klimatyczne. Doceniłabym bardziej, gdyby nie wczepione we mnie jak kleszcze przyjaciółka i córka. Ze ściśle zamkniętymi oczami, przerażone i piszczące przy każdym nagłym dźwięku. Próbowałam powiedzieć, że jak otworzą oczy, to przestana się bać,  że to spektakl. No głuche były na perswazje i ślepe. Ślepe akurat na własne życzenie. Trochę ubawione, trochę zirytowane dociągnęłyśmy razem z Korą (nastoletnią córką przyjaciółki) te kłębki rozedrganej histerii do wyjścia:
- Ale czego tak konkretnie się bałaś? Przecież wiedziałaś, że żadne straszydło cię nie dotknie. Czego się bałaś? 
- Nie wiem, ale to było straaaaszne.  
Nie ma nic gorszego od niezdefiniowanego strachu. 

Inna sytuacja. Kiedy Ola miała 5-6 lat poszłyśmy nad jezioro ze znajomymi i ktoś wpadł na pomysł, żeby nałowić raków. Polowania na raki nie lubię, ale weszłam do wody i patrzyłam czy są. Ola weszła do wody zobaczyła raka i ją sparaliżowało. Stoi blada jak ściana, oczy zamknięte, prawie płacze, że kroku nie zrobi, bo się boi. 
- Czego się boisz, kochanie? - pytam
- Boję się, że nadepnę raka niechcący i on mnie uszczypnie
Z całkiem poważną miną powiedziałam : 
- Kochanie, jeśli nadepniesz raka, dostaniesz nagrodę, jaką zechcesz. Możesz mieć życzenie, a wiesz, że ja dotrzymuję słowa. Nie "niechcący" - specjalnie spróbuj go dotknąć. Tylko dotknąć. Każde życzenie, obiecuję. 
Zawahała się. 
Z jednej strony wcale nie chciała tych raków łapać, ale z drugiej matka nie była taka skora do składania obietnic in blanco. Skoro złożyła  to znaczy, że nadepnięcie na raka łatwe nie jest, trzeba się postarać. Tak sobie wykombinowała i otworzyła oczy. Skorupiaka już nie było, uciekł. Uciekły też wszystkie następne, zanim zdołała się przyjrzeć. Ja nie musiałam spełniać życzenia, a dziecko przestało się bać raków.

Na "Konstytucję" poszłam, niczego o tym filmie nie wiedząc. Piotr Czerkawski
Zapowiedział film krótko "Jeśli lubią państwo filmy Kieślowskiego - powinno wam się podobać". O ile przed seansem przyjęłam to za dobra monetę, to po seansie nie jestem pewna, co miał na myśli.
Filmy Kieślowskiego odbieram jak współczesne moralitety, jak  pytanie o człowieczeństwo, o dobro i zło. Kieślowski był filozofem, patrzył na człowieka w sposób transcendentny i próbował pokazywać przez jednostkę uniwersalne wartości.   Rajko Grlić choć tak samo pięknie potrafi wziąć człowieka pod lupę i to jednak zupełnie inny ma do człowieka i do człowieczeństwa stosunek. Nie odkrywa wielkiej tajemnicy tylko raczej wstydliwy sekret. Pokazuje człowieka w całej palecie barw jego urodę i przypudrowane pryszcze.


Trójka głównych bohaterów: Vjeko- profesor akademicki, gej, nacjonalista, lubiący przebierać się w damskie ciuszki,  opiekujący się przykutym do łóżka ojcem - mieszka po sąsiedzku z małżeństwem mieszanym.  On - dobroduszny Serb - policjant, wrażliwy i życzliwy choć o urodzie kojarzącej się raczej z seryjnym mordercą. Ona - pielęgniarka, Chorwatka, która przy całej swojej otwartości na świat, odrzuceniu stereotypów, knuje swój interesowny plan. Mieszkają obok siebie,  ale starannie unikają kontaktu. Przypadek sprawia, że nagle stają się sobie potrzebni.
Ja wiem, że to galeria paradoksów, ale wierzcie mi, że każda z tych postaci jest przekonująca i da się lubić, mimo ich  ograniczeń, mimo irytujących zachowań, mimo zdziwienia, że w jednej głowie mogą powstać tak skrajne przekonania. W gruncie rzeczy bardzo uniwersalny film o tym, jak irracjonalnie  pozwalamy się zastraszać, jak strach nas paraliżuje i ogłupia. Jak lęk zamyka nam oczy na rzeczywistość. 
Jest  to koncert na troje aktorów. Wybitne kreacje i absolutnie cudownie groteskowy scenariusz. Każdy kadr, każdy dźwięk ma znaczenie. Film jest niezwykle intensywny, ale przy tym zupełnie nie przygniata widza. Wręcz przeciwnie, łagodnie prowadzi za rękę podstępnie edukując. 

O ile Kieślowski jest dla mnie dzieckiem renesansu to Rajko Grlić zdecydowanie zgodnie z ideą oświecenia uczy bawiąc, ucząc bawi. Trzeba tylko otworzyć oczy.
Kieślowski był głęboko rozczarowany człowiekiem, jako istotą stworzoną na obraz i podobieństwo boga. Grlić w gruncie rzeczy człowieka lubi choć nadziwić się jego ignorancji nie może. Przypomina mi się mądrość z Szwejka Haska:
– Szwejku, Jezus Maria, Himmelherrgott, ja was zastrzelę, bydle jedno, ośle, kretynie, gówniarzu jeden! Czy można być takim bałwanem?
– Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że można.
Tylko otwórz oczy. 




















ps.
Jest w "Konsytuacji"  postać epizodyczna żywcem z Kieślowskiego wyjęta. Na fabułę nie ma wielkiego wpływu, ale pięknie zamyka w klamrę przypowieść. Pojawia się w dialogu jako szkodnik, który  rozrzuca w parku i na chodnikach kiełbasę szpikowaną tłuczonym szkłem. Kilka piesków w okolicy zdechło, więc - policjant, właściciel ukochanego czworonoga obiecuje sobie, że jak delikwenta dorwie, to mu nogi z dupy powyrywa. Słuszny gniew udziela się widzowi. W głowie nam się takie barbarzyństwo nie mieści. Któregoś dnia żona policjanta opowiada mu, że na ostry dyżur w szpitalu trafiła staruszka, która zjadła przez przypadek  nafaszerowaną kiełbasę. Prawdopodobnie matka tego człowieka. Staruszka zmarła. Osobnik nie wyciągnął wniosków i nadal rozrzucał śmiercionośną kiełbasę.






 

Kobieta z lodu (2017) reż. Bohdan Slama

czyli o kobiecie, która myślała, że jest kurą

Pięć dni pracy, dwa dni szkolenie i tak do końca listopada. Maraton. Lubię swoja pracę i lubię uczyć. Na szczęście. Nieco odpoczywam na sali szkoleniowej po tygodniu walki z klientami, urzędami i kontrolami. Nieco odpoczywam w pracy po dwóch dniach stania na obcasach. Jednak i tu i tu to jest jednak wysiłek umysłowy. Dlatego rzadko ostatnio decyduję się na wymagające kino. Ale przecież WAMA Film Festiwal uwielbiam. Oglądam, nieustająco zachęcam i zapraszam, gdyż idea festiwalu jest mi bardzo bliska i formuła przyjazna. Wybrałam się na dwa ostatnie konkursowe filmy. Z rozmów w kuluarach wynikało, że "Kobieta z lodu" jest faworytem festiwalu, ale werdykty jury zawsze mnie jednak zaskakują, 
Wyciągnęłam na seans Małgorzatę - moją koleżankę filmową.
Poznałyśmy się kilka lat temu na szkoleniu i w przerwie kawowej rozmowa zeszła na film. Kiedy powiedziałam, że uwielbiam kino indyjskie, Małgośka prychnęła lekceważąco, że ona nie znosi TAKIEGO kina. 
- A jakie filmy widziałaś? - zapytałam
- Nie widziałam, ale bollywood... 
- Małgosiu -  włączyła mi się edukatorka - przyjdź do mnie na film. Jeśli Ci się nie spodoba, to będziesz sobie mogła prychać do woli i słówkiem się nie odezwę. Ale jeśli Ci się spodoba, to nigdy przenigdy nie będziesz się fukać na największą, najbardziej różnorodną i absolutnie nieposiadająca wspólnego mianownika kinematografię na świecie. 
Tak się umówiłyśmy. 
Wypytałam starannie co lubi i puściłam jej "Wodę" Deepy Mahty. Łatwo poszło:) Małgorzata nie tylko przestała prychać, ale niedzielne seanse filmowe u mnie stały się nasza tradycją. Dlatego jak powiedziałam Gośce, że mam rezerwację na filmy festiwalowe, to nie pytała "na co?" tylko "na którą godzinę?"
Wychodząc z "Kobiety z lodu" i zadałyśmy sobie zgodnie pytanie: 
- Ty, o czym był ten film? 
- Opowiedzieć bym nie umiała, ale wydaje mi się, że to jest film o spóźnionym buncie. 
- Jej buncie? 
- No tak mi się wydaje. Starsza kobieta, wdowa i jej dwóch dorosłych już synów z żonami i dziećmi spotykają się co tydzień na tradycyjnym rodzinnym obiedzie. Masochistycznie się chyba spotykają, bo zupełnie nie mają ze sobą kontaktu, nie umieją rozmawiać, nie słuchają, nawet się nie lubią. Wigilia z moją matką mi się przypomniała. 
- Stateczna wdowa,  poznaje faceta, pierwszego lepszego z brzegu - tu nawet dosłownie na brzegu rzeki -  i się buntuje? Nie, jakoś mi się nie składa.

Historie filmowe o relacjach rodziców z dorosłymi dziećmi zawsze przykuwają moja uwagę i na ogół opowiadają się po którejś ze stron. Zajmują stanowisko. W filmie Slamy nie ma jednak łatwych rozwiązań.  Każda postać jest starannie przemyślana, wiarygodna psychologicznie i w jakiś sposób zagubiona. 
Życie głównej bohaterki Hany upływa w rytmie rytuału obiadów rodzinnych, aż do czasu kiedy przez przypadek wyławia z rzeki niczym złotą rybkę - Bronę - mężczyznę opiekującego się klubem morsów. Nieokrzesany, oryginalny, mieszkający z kurami w starym autobusie starszy pan robi na Hanie takie wrażenie, że decyduje się ona na życie z nim. Przełamać musi nie tylko własne opory, ale też przede wszystkim opór dzieci. Czy może być coś bardziej niestosownego od kury chodzącej po gościnnym stole? Nie byle jakiej kury. Kury Adelki, która myśli, że jest człowiekiem. Przy tak ustawionej poprzeczce wszystko inne już jest mniej szalone, prawda? Kobieta zyskuje przestrzeń.

Czy jest to historia o buncie? Nie sądzę. Hana się nie buntuje, tylko świeci odbitym światłem. Gdyby Brona był miłośnikiem opery a nie kąpieli w lodowatej wodzie, to Hana zainteresowałaby się operą.
Hana spełniała oczekiwania najpierw męża, potem dzieci i w końcu przyjaciela kochanka. Czy to jest historia o miłości? Na pewno jest o wszystkim tym, na czym miłość można zbudować. O akceptacji, o uważności,  o słuchaniu.
Na dobry początek trzeba wziąć przykład z kury i pomyśleć o sobie jak o człowieku. 
Masz żyć po pierwsze dla siebie a nie dla innych.  Martwa na nic się nikomu nie przydasz.

Nie należy jednak mylić ucieczki przed narzuconą rolą społeczną z ucieczka od odpowiedzialności przed konsekwencjami. 
I to nam Slama pokazuje, bez zadęcia i dydaktycznego smrodku. Polecam. 








Od czego się odbić?

czyli jak minął rok?


To był stabilny rok. W przeciwieństwie do zupełnie zwariowanego 2015, który przyniósł kilka dużych zmian. Ugruntowałam się i okrzepłam. Mogę ustawiać następną poprzeczkę:). Filmowo znacznie mniej, statystycznie też znacznie słabiej, albo ja zaczęłam surowiej oceniać.
Ani jednej dychy, cztery filmy do których na pewno będę wracać (niekoniecznie najwyżej ocenione) i kilkadziesiąt filmów poniżej średniej. 

Na dwa filmy zabrakło mi pomysłu na ocenę.
Pierwszy widziałam na LAF w Zwierzyńcu "Scena zbrodni" Joshuy Oppenheimera
z roku 2012 stanowi dyptyk z dwa lat późniejszą "Sceną ciszy". 
Jest to kino dokumentalne, opowiada o ludobójstwie w Indonezji. Opowiadają o nim głównie sprawcy, bo ofiary - jeśli żyją - wciąż się boją.  Nie umiem ocenić, bo reżyser zastosował środki stylistyczne zupełnie dla mnie niezrozumiałe. Nie chcę zniechęcać ale i nie namawiam. Tego się już nie da "od-zobaczyć". 
Drugi to również dokument o ludziach zafascynowanych otyłością. Zgroza. Nie rozumiem, po co kręcić o tym film o pokazywać go światu. Moim zdaniem na tuczenie człowieka w taki sposób powinien być paragraf, a chęć utycia dla "ukochanego mężczyzny" ponad 300 kilo należy leczyć przymusowo psychiatrycznie. Zdecydujmy się na jakąś konsekwencję. Jak ktoś stoi na dachu z zamiarem samobójczym, to się angażuje służby i odwodzi go od zamiaru wszelkimi sposobami. Jeśli kobieta zabija się na raty doprowadzając się do stanu w którym nie może samodzielnie funkcjonować to nagle volenti non fit iniuria? No litości. Nikt normalny nie chce być gruby. Nie mówię, że grubi są nienormalni. Mówię, że normalni grubi próbują sobie pomóc. Zanim się ktoś obruszy zaznaczam, że nie mówię o rozmiarze XL i względach estetycznych, tylko o otyłości zagrażającej zdrowiu.

Zupełnie niechcący obejrzałam "Urok wszeteczny" Zanussiego z 1996 roku. (telewizję oglądam w pokojach hotelowych i trafiłam na film jak już trwał. Zanussiego  zwykle omijam) i zafascynował mnie jako doskonały przykład filmu gdzie idiotycznej historii nie uratuje nawet najlepsze aktorstwo. Pokaz nawiedzonej reżyserii w najgorszym wydaniu. Zapasiewicz doskonały a Zanussi oczywiście nadęty kaznodzieja oderwany od rzeczywistości. Uwodzenie młodego niezłomnego naukowca przez bogatego Hrabiego wyglądało niemal jak kuszenie Chrystusa. Gdyby tak dorzucić kilka scen seksu wyszłaby całkiem zgrabna fantazja erotyczna. Upiorny moralitet (jak to ktoś na filwebie skomentował) albo dobra wymówka dla masturbujących się ukrytych homoseksualistów. Ja mu dałam ocenę "bardzo zły" (2). 
Tu wspomnę, że "Śmietankę towarzyską"  oceniłam na trzy. Dobrze zrobione, świetnie zagrane, ma specyficzny klimat i w ogóle dobry film. Ale ledwie wysiedziałam w kinie do końca. Mnie już neurotyczny bohater Allena nudzi. 
Na każdej większej imprezie znajdzie się ktoś taki, kto jest trzy drinki do przodu, chce "rozruszać towarzystwo" i zaczyna:
- A znacie to? Przychodzi do lekarza baba z żabą na głowie....
W klubach studenckich trzymałam się blisko takiego kolegi, co opowiadał kawały. Jak mnie te kawały zaczynały śmieszyć, to był znak, że powinnam iść do domu. Mój kolega został akurat gwiazdą piosenki polskiej ale inni jemu podobni na pewno kręcą filmy. W ubiegłym roku zaliczyłam siedemdziesiąt takich  filmów, w których|ktoś nakręcił jeszcze raz historię, którą wszyscy znają.
albo "Love story" - czyli jedno z bohaterów umiera
albo wariację o  Kopciuszku znajdującym księcia - na końcu żyli długo i szczęśliwie
albo Romea i Julię - oboje umierają 
albo bajka o wioskowym głupku, który po wielu przygodach okazuje się najdzielniejszy i najmądrzejszy, spuszcza łomot smokowi i dostaje pół królestwa i królewnę. I ojciec mu mówi, że jest z niego dumny.   
albo ... (jakieś sugestie?)
Można jeszcze dodać we wszystkich konfiguracjach duchy, zombie, wampiry i nadprzyrodzone moce, czarownice, elfy, wróżki i zawirowania czasowe. 
I ja się nawet dobrze bawię, przy tych filmach, jeśli są porządnie zrobione i nie udają, że zatrzymują Słońce i ruszają Ziemię. Smutno mi kiedy jest odwrotnie - film ma potencjał, ma coś interesującego do powiedzenia, ale jest to skopane, przekombinowane, źle zagrane i w ogóle zmarnowane.

Nie da się jednak sprowadzić do jednego zgrabnego mianownika filmów bardzo dobrych. Kilka chcę polecić:
"Planeta singli" (2016) w reż. imigranta Mitji Okorna  
Już nie miałam nadziei na  dobrą polska komedię, już byłam pewna, że nam tylko Smarzowski i Szumowska
wyznaczają jakiś poziom a na rozrywkę należy spuścić wstydliwie zasłonę milczenia. A tu proszę! Banalna historia, naprawdę nic odkrywczego, momentami nawet kiczowata. Zrobiona według sprawdzonych dobrych wzorców, przy tym jednak lekka, znakomicie zagrana, momentami wzruszająca. Maciej Stuhr  nawet rycerza na białym koniu potrafi zagrać bez popadania w karykaturę. To nie było łatwe:). No i to co lubię w filmie - znakomity drugi plan, bez chałtury. 
To jest niezwykły film. Jeden z tych obrazów, które niezauważalnie biorą widza za rękę i budują silną relację z bohaterem i opowiedzianą historią. Aiman pracuje w malezyjskim więzieniu o zaostrzonym rygorze. Jest młody, starannie wykonuje obowiązki i tym zwraca na siebie uwagę więziennego kata. Ten wybiera się na emeryturę i chce chłopaka wyszkolić na swojego następcę. 
Film jest ważnym głosem w debacie o karze śmierci. Bardzo ważnym, bo nie odpowiada na pytanie a zmusza do przemyślenia. Jestem pewna, że może służyć za argument obu stronom sporu. Film widziałam na WAMie  i moim zdaniem był najlepszy. 
Mam mieszane uczucia po filmie ale jednak mi został. Tak mam z filmami że niezależnie od wartości artystycznej niektóre porządkują (albo bałaganią) mi w głowie. To film z gatunku "zróbmy jakieś idiotyczne założenie i wokół niego zbudujmy dramę". Tu mamy  karkołomną próbę połączenia utopii z antyutopią. Otóż umawiamy się, że w Japonii wymyślono oryginalny sposób na kontrolę i redukcję populacji. Każdy uczeń pierwszej klasy szkoły podstawowej otrzymuje zastrzyk, który zabija co tysięczną osobę, nim ta ukończy 24. rok życia. Na dobę przed wyznaczonym czasem śmierci, ofierze i rodzinie wysyłane jest zawiadomienie. Pomysł dość makabryczny, ale w gruncie rzeczy najbardziej makabryczne w nim jest samo zawiadomienie. śmierć sama w sobie, sprawiedliwa czy nie nie robi wrażenia. Wrażenie robi czas, który znamy. 
To jak to właściwie z nami ludźmi jest? Chcemy wiedzieć i mieć ten czas?  
"Od wszelkiego złego, wybaw nas, Panie.
Od powietrza, głodu, ognia i wojny, wybaw nas, Panie.
Od nagłej i niespodziewanej śmierci, wybaw nas, Panie"

Czy nie chcemy wiedzieć?