Mast Mein Rehne Ka (2023) reż. Vijay Maurya

czyli nie bój się żyć

Trafiłam na przepiękny film. Trochę o miłości ale bardziej o marzeniach, oczekiwaniach,o strachu i o determinacji. Wszystko wysmakowane, przemyślane, pięknie podane. Scenariusz i reżyseria na dyszkę, wszystkie główne role na dyszkę, dźwięk i zdjęcia też na dyszkę. Całość 9/10 cudowny snuj do wielokrotnego oglądania. Akcja dzieje się w Mumbaju, poznajemy młodego, utalentowanego chłopaka, który zaczyna życie w metropolii i starszego, samotnego pana, który już przeżył to co miał do przeżycia i już mu się nie chce. Jednemu się to wymarzone życie jeszcze nie zaczęło, drugiemu - właśnie się kończy. Ich ścieżki przypadek splącze i wszystko wywróci.

Kino hinduskie z całym jego dobrodziejstwem, kocham od ponad 20 lat i chociaż mam swoje słabostki (zwykle uczciwie o nich mówię) wiem, co jest warte uwagi a co niekoniecznie polecać. Zwłaszcza, że w Polsce nawet kinomaniacy są często uprzedzeni i zamknięci na filmy z tej części świata,

Mast Mein Rehne Ka” z 2023 w reżyserii Vijaya Maurya’ego polecam. W tym filmie nie ma błędu. To piękny początek obiecującego kina autorskiego. Film jest do obejrzenia na Prime Wideo. Polski tytuł „Nic się nie bój”.

Vijay Maurya (reżyseria, scenariusz i produkcja} dobry rocznik 1972 karierę rozpoczął, biorąc udział w warsztatach aktorskich prowadzonych przez Satyadeva Dubeya. Potem, przez kilkanaście lat był związany z teatrem Prithvi. Zanim zadebiutował jako reżyser, był aktorem i scenarzystą. Urodził się w Bombaju i tam tworzy mieszka do dziś.

Podkreśliłam, bo ślady tego pięknie widać w jego filmie Maurya'ego.

Warsztaty Satyadeva Dubey cieszyły się ogromną popularnością wśród początkujących aktorów, wypuściły w świat wiele gwiazd. Dubey był znany ze swojej charyzmy, ekscentryczności i prowokacyjnego stylu nauczania Kwestionował konwencje, zachęcał do ich demontażu. Zamiast podawać gotowe odpowiedzi, prowokował do dyskusji. Uczył szacunku do języka, kładł ogromny nacisk na słowo pisane i precyzyjne odczytywanie tekstu. 

Ale … 

mówi się też o nim, że że stosował kary cielesne i straszył, krzyczał, poniżał, gnębił, aby motywować aktora do przekraczania granic. Jak nasz Tadeusz Łomnicki. Do dziś wielu uważa go za wybitnego mentora, który ukształtował ich kariery. Ci których kariery złamał pewnie mówią o tym tylko na terapiach. Tyran i toksyk, którego metody doprowadzały do emocjonalnego wyczerpania i traumy. W środowisku teatralnym wciąż trwa debata, czy cel uświęca środki i czy wielka sztuka usprawiedliwia metody, które naruszają godność studentów.

Takiego nauczyciela miał Vijay. Mam nadzieję, że Dubey  go zahartował a nie złamał. Widać w jego filmie nieprawdopodobną dbałość o tekst, rytm, dyscyplinę wewnętrzną. Aż pożałowałam, że nie znam języka oryginału. Reżyser z pewnością ma wiele do powiedzenia, ale ma tez lekkość i świeżość w tworzeniu historii. Pokazuje nam bohaterów, ale ich nie ocenia,.

Drugie piętno które z pewnością odcisnęło się na filmie to Teatr Prithvi- historyczne i kultowe centrum sztuk scenicznych, znane ze wspierania teatru eksperymentalnego. Został założony, aby kontynuować tradycję wędrownego zespołu teatralnego. Film Vijaya ma konstrukcję i ducha  sztuki scenicznej, zachowuje magię teatru ale ożywia jego umowność. „Strzelba, która wisi na ścianie w akcie pierwszym, musi wystrzelić w trzecim”. I strzela, ale bez patosu i bez przesady.

I po trzecie: To kolejny film w moim życiu, gdzie jedną głównych ról gra miasto. Tym razem to Mumbai. Gra tak dobrze i tak wyraziście, jakby po mieście prowadził widza przewodnik. Cała gama dźwięków, barw a nawet zapachów i smaków. Przysięgam. Operator zdjęć Nagaraj Rathinam tworzy z reżyserem duet doskonały. Warsztat szlifował na zdjęciach i filmach reklamowych.  Zajrzyjcie na jego @nagarajrathinam a przekonacie się o czym mówię. I widać w tych zdjęciach miłość do miasta, ale też gorycz, smutek i złość. To nie laurka, to obraz krwią, potem i łzami namalowany. Cudowny. Okropny. Jak kto będzie chciał zobaczyć.

Po przeczytaniu „Bombaj maximum city”Suketu Mehty miałam refleksję, że już nie muszę tam jechać i zwiedzać. Już byłam. Już znam. Film sprawił, że wpisałam sobie znów Mumbai na listę miejsc, które chcę zobaczyć. Znajome kąty odwiedzić.

Polar (2019) reż. Jonas Åkerlund

czyli kryzys wieku średniego

Ja naprawdę mam duża odporność na gnioty, jeśli grają w nich ulubieni aktorzy. Mogę wiele znieść więc zniosłam i ten film, ale zaprawdę powiadam wam mam słabość do Madsa.
„Polar” należy do specjalnego gatunku filmowego, który roboczo nazywam „taaaka ryba”. Czyli bajka opowiadana przez starszych panów chłopcom w krótkich portkach. Ci pierwsi wspominają rzewnie czasy, kiedy penis stał i wątroba działała, żeby ci drudzy mogli przy tym marzyć i się onanizować.

Zaczyna się zwykle od:
„były agent specjalny... BruceWillis w „Red”
„były żołnierz... Tom Cruise jakoJackReacher
„były płatny zabójca...KeanuReeves jako „John Wick”

no wiadomo, że dalej bohater ściga się, strzela, spuszcza łomot młodszym, robi szpagat, ratuje dziewczynę, wbiega bez zadyszki na trzecie piętro, pije, pali i sika bez problemu. No i erekcję ma, że ho ho! Taaaka ryba!

Dołączył do zacnego grona w filmie „Polar” Mads Mikkelsen jako Duncan Vizla - „zabójca tuż przed emeryturą”,który sam staje się celem na zlecenie byłego pracodawcy. Film się zakończył tak, że mogą popełnić drugą część. Ups, niechcący zdradziłam, że go nie zabiją? Przepraszam.

zdjęcie ze strony www.denofgeek.com

Czyim mężem był mój ex? (2018) reż. Mag Hsu i Chih-Yen Hsu

czyli żyć swoje życie  

Ten film poruszył mnie tak bardzo i na tylu płaszczyznach, że aż boję się o nim pisać. To film o tym, co w życiu jest najważniejsze.
Proszę obejrzyjcie najpierw i wróćcie, bo będę spojlerować. Dostępny na Netflixie i niech was opis nie zraża.

Długo nie wiedziałam, co tak bardzo poruszyło mnie  w tym filmie, że aż nie mogłam o nim pisać.  I nie wiedziałam czy to uniwersalne, czy osobiste doświadczenie. Urodziłam się jako dziewczynka w latach siedemdziesiątych, wychowałam się w małym miasteczku, małego państwa - satelity Kraju Rad. Konformizmem karmiona byłam w domu, w kościele i w szkole. Miałam być grzeczna, ładna i spełniać oczekiwania. Mogłam marzyć o miłości i o karierze i martwić się jak uda mi się godzić role. Byłam, marzyłam, martwiłam się.
Coś jednak poszło nie tak.
Może to matka, która mówiąc mi "pokorne cielę, dwie matki ssie" była jednocześnie najbardziej hardą osobą jaką znałam.
Może siostra, która umierając na raka w wieku 42 lat powiedziała "Całe życie czekałam, aż się zacznie"
Może niewłaściwie dobrane lektury.
Nie jestem konformistką, choć czasem się staram i wiem, że lżej by mi było, gdybym była. Irytują mnie osoby bezkompromisowe i radykalne, pewnie dlatego, że przeglądam się w nich jak w krzywym zwierciadle. Jestem gdzieś sobie zawieszona miedzy ustami a brzegiem pucharu i nie wiem, co lepsze. Film utwierdził mnie w przekonaniu, że warto mieć siebie.

Zaczyna się sceną, kiedy wściekła kobieta wali pięściami w drzwi młodego mężczyzny, kochanka swojego zmarłego męża. Dowiedziała się właśnie, że mąż uczynił go beneficjentem polisy na życie. Historię ich trójkąta widz poznaje w retrospekcjach.


Ona
Spełniła społeczne oczekiwania najlepiej jak potrafiła. Wyszła za mąż za profesora literatury, urodziła mu syna i realizowała się jako przykładna pani domu. Kiedy mąż odszedł od niej i zamieszkał z mężczyzna, było to tak absurdalne, że nie wiedziała jak zareagować. Myślała, że przeczeka jak się przeczekuje kochanki. Cudownie brawurowo zagrana rola. Koleżanka po obejrzeniu filmu powiedziała, że denerwowała ją nad-ekspresja głównej bohaterki. Ona musiała taka być. Wyrwano jej rolę żony, wyrwano jej rolę matki, gdy syn uciekł z domu, nawet wdową nie mogła być. W jej życiu nie było miejsca na nią samą. Musiała wykrzyczeć złość, miłość i rozpacz po stracie a nie miała niczego, czego mogła się trzymać.

Syn
Dziecko nie radzi sobie z emocjonalna bombą. Stracił ojca i został sam ze swoją rozpaczą, nienawiścią, miłością, poczuciem winy i poczuciem krzywdy. Instynktownie ucieka równie jak on zgubionej matki, bo ta kipi nienawiścią do ojca. Ucieka do partnera ojca, bo może go nienawidzić bezkarnie, ale też współodczuwać żałobę po stracie kochanej osoby.

I ten trzeci - Jay
Ten film nie byłby tak dobry, gdyby to była "ta trzecia". Nie byłby, bo rolę kochanki w społeczeństwie mamy już nieźle ograna i trudno byłoby uniknąć  uproszczeń. Ten film jest dobry, bo to jest TEN trzeci. Prawdziwa miłość, największa ofiara i paradoksalnie jedyna osoba, która  się tu broni. To z nim się utożsamiam, to jego rozumiem, to on tutaj jest na swoim miejscu.
On się po prostu zakochał. Przepięknie, przejmująco i prawdziwie. Zakochał się z wzajemnością i był gotów iść za swoja miłością. Ale jego mężczyzna stchórzył.
Stchórzył i odszedł, żeby realizować społeczny plan. Odszedł, bo chciał "być normalny".  Odszedł, ożenił się spłodził syna. Nie było go całą wieczność. Nie było go 10 tysięcy lat razy każdy dzień nieobecności.
I wraca. Wraca śmiertelnie chory, żeby w ostatnich miesiącach  życia "być sobą". Wraca fundując partnerowi przy tym maksymalna dawkę bólu, żalu, rozpaczy, determinacji i nadziei. Ofiarowuje mu swoją słabość, chorobę z całą jej dosadnością i brzydotą. Wraca i umiera. Jeśli miłość ma być na dobre i na złe, to  Jayowi dostało się tylko "na złe".
Ale Jay jest tu też tym wygranym, bo zostaje mu w pamięci ich muzyka, ich teatr, ich język, ich przestrzeń. I on jeden żyje tu swoje życie.    

Winowajca całego zamieszania zostawia po sobie trzy pokaleczone najbliższe osoby, trzy złamane serca i płaci życiem za swoje złe wybory. Pieprzony egoista.

Mówi się powszechnie, że nie zbuduje się szczęścia na cudzym nieszczęściu. To prawda. Ale jest jeszcze jedna prawda. Gubiąc siebie, gubimy też tych, którzy nas kochają.

Cóż, nadal nie będę konformistką.





   




Cyrano Agency 2010 reż. Kim Hyeon-Seok

czyli o trudnej miłości

Trudna jest moja miłość do kina koreańskiego. Miłość do kina indyjskiego jest łatwa, bo ugruntowała się, weszła w fazę kompletnego związku, w którym jest intymność, namiętność  i zaangażowanie. Już nie muszę światu uczuć ogłaszać i wyzywać na "miecze alibo na topory" tych, którzy ośmielają się z mojej miłości kpić. Kocham, ufam i mam poczucie bezpieczeństwa. Wiem co/kogo lubię, czego się spodziewać, co potraktować pobłażliwie, co mnie zachwyca,  wzrusza i zapiera dech.  Kino koreańskie mam na etapie "jak on ślicznie kopie w stół" .
"Zakochanie jest ślepe, krótkotrwałe, daje silne uczucie szczęścia nieskalanego myślą i jest cokolwiek egoistyczne, a przynajmniej bardziej skoncentrowane na tym, kto kocha, niż na tym, kto jest kochany."  Psychologia miłości Bogdan Wojciszke
Uzupełniam "jak leci" filmografie ulubionych aktorów, już odróżniam nastolatków od czterdziestolatków i przyzwyczaiłam się do charakterystycznej melodii języka koreańskiego. Może się nawet nauczę wymawiać imiona i nazwiska.  Trudno. Wytrzymam:)

"Cyrano Agency" to  koreańska wariacja na temat francuskiego XIX wiecznego dramatu Edmonda Rostanda. 

Prawdziwy Cyrano de Bergerac był poetą i filozofem francuskim, żył w pierwszej połowie XVII wieku, zmarł mając zaledwie 36 lat. Podobno najbardziej znany jest z listów, ale nie udało mi się ich znaleźć  nigdzie w sieci*. Jego imienia i być może  życiorysu użył  Edmond Rostand w swoim dramacie wydanym 1897 roku.
                   Historia jest prosta.
Inteligentny, elokwentny i niezbyt urodziwy szlachcic Cyrano de Bergerac zakochuje się w młodej i ślicznej  kuzynce Roxanne. Dziewczyna tymczasem poznaje przystojnego, pięknego ale mało bystrego żołnierza Christiana. Młodzieniec nie potrafi się ładnie wysławiać, więc  prosi Cyrana o radę i pomoc w uwodzeniu dziewczyny. Cyrano pisze listy miłosne do kuzynki a ta zakochuje się w Christianie myśląc, że to on jest ich autorem. 

Christian ginie na wojnie a Roxanne pogrąża się z żałobie po ukochanym pielęgnując "jego" listy. Cyrano przez śmiercią wyznaje kuzynce, kto jest prawdziwym autorem listów. Roxanne uświadamia sobie, że "kochając całe życie jednego mężczyznę straciła go dwa razy".


Większość adaptacji dramatu, a trochę ich było,  skupia się na  losie Cyrana i jego tragicznej, niespełnionej miłości. Bohater umiera nie zaznawszy szczęścia ale aktorom, którzy go grali rola przynosiła same sukcesy.
Moja przygoda z Cyranem zaczęła się w 1990 roku od filmu "Cyrano de Bergerac" w reżyserii Jean-Paula Rappeneau. Gerard Depardie za rolę tytułową zgarnął między innymi Cezara, Złotą Palmę i nominację do Oskara. Miałam dwadzieścia parę lat, Depardie ceniłam za jego kunszt aktorski ale nigdy nie był w moim typie. Doskonale rozumiałam, że moja ówczesna rówieśnica Roxanne była ślepa na jego miłość. Żal mi było Cyrana i owszem czułam smutek, ale nie kibicowałam jego miłości.


Miałam  lat 30 +, już jakieś doświadczenia, świadomość prozopagnozji  i dużą wrażliwość na głos, kiedy w roli Cyrana zobaczyłam w teatrze telewizji Piotra Fronczewskiego. Sztuka została zarejestrowana w 1981, weszła do złotej setki teatru TV ale ja miałam okazję ją oglądać przy jakiejś powtórkowej emisji. Trudno mi było zrozumieć dlaczego absolutnie zachwycający Cyrano - Fronczewski uważa, że jest mniej atrakcyjny od trudno odróżnialnego od ściany Christiana (dopiero dziś sprawdziłam, że grał go młodziutki Marek Kondrat). Oka i ucha od Fronczewskiego oderwać nie mogłam. Płakać zaczęłam w połowie spektaklu, bo przecież znałam zakończenie.

Adaptację Michaela Gordona z 1950 (na YT w oryginalnej wersji językowej) obejrzałam całkiem niedawno  z ciekawości.  Przyniosła  Jose Ferrer  Oskara i Złoty Glob.

Świetna kreacja aktorska, ale ja już wyrosłam z Cyrana i jego gierek. Już mnie nie wzrusza jego "miłość", bo więcej w niej widzę egoizmu i blagi niż namiętności. Nie przekonują mnie jego rozterki, bo świadczą tylko o tym, że (nomen omen) w nosie miał Roxanne i jej uczucia.  

W roku 1964, na fali popularności gatunku "płaszcza i szpady" Jose Ferrer jeszcze raz zagrał Cyrano de Bergeraca w filmie Abla Gance
W roku 1642 na dworze francuskim para zubożałych szlachciców z Gaskonii, Cyrano de Bergerac i  najsłynniejszy z muszkieterów D'Artagnan szuka przygód w Paryżu. Panowie zakochują się w dwóch damach dworu Ninon de Lenclos i Marion de l'Orme i postanawiają je uwieść. Damy również zwróciły łaskawe oko na  bohaterów, ale niestety "na krzyż". Spryciarze postanawiają pójść za głosem swoich serc i pod osłoną nocy udawać w sypialni "tego drugiego". Film zasługuje na obejrzenie ze względu na przepiękną scenę, w której bohaterki opowiadają sobie wrażenia po upojnej nocy z kochankami. Z tej rozmowy mężczyźni więcej mogliby się nauczyć o seksie niż z filmu porno (nie należy  W OGÓLE czerpać wiedzy o seksie z porno). Kobiety w końcu zyskują podmiotowość w historii tych miłości. No może jeszcze ułomną i na miarę lat 60-tych ale Ninon i Marion są pełnowymiarowymi postaciami. 

Do klasycznej idei sięga Hyeon-seok Kim w Cyrano Agency z 2010 roku. Jest to pod wieloma względami najbliższa mi adaptacja choć historia osadzona jest we współczesnej Korei Południowej i dopisano jej inne zakończenie. 
Czwórka bezrobotnych aktorów zakłada agencje świadcząca nietypowe usługi. Pomagają klientom umawiać się na randki i tak prowadzić spotkania, by sprawnie rozkochać w sobie wybrankę. Grupa wykorzystuje schematy filmowe, wiedzę psychologiczną, talenty aktorskie i nowoczesną technikę do tego, żeby zaprogramować idealne, sprzyjające okoliczności., w których dziewczyny zakochują się w klientach agencji. Tu nie mamy prostego wyboru między atrakcyjność fizyczną a urodą intelektualną. Film pokazuje, że manipulacja jest skuteczna pozornie. Płytko i krótko. Istotą i trwałym fundamentem miłości jest zaufanie. Cała reszta bez zaufania, to tylko rekwizyty w spektaklu. 

Zakochujemy się nie w drugim człowieku, tylko we własnym marzeniu o nim. "Silne uczucie nieskalane myślą skupione na tym, kto kocha". Wystarczy poruszyć strunę i nie przeszkadzać wyobraźni. Tylko tyle i aż tyle. 

Polecam "Cyrano Agency" do obejrzenia na drama-online.


Kler 2018 reż. Wojciech Smarzowski

czyli cały ten zgiełk

(Jeśli ktoś nie widział niech odpuści notkę, bo będą spojlery)
Jeśli chodzi o frekwencje w kinach, "Kler" jest w Polsce film roku 2018. Nie jest to tylko film i jego wartość wykracza poza wartość sztuki filmowej.

Gdybym miała porównać to podobny ładunek emocjonalny miała "Pasja" Gibsona. Film artystycznie bardzo słaby, płaski i niestety kiepsko wyreżyserowany, ale odbił się szerokim echem na  całym świecie i dla wielu odbiorców był przeżyciem niemal mistycznym. Sam temat  ma taki ładunek emocjonalny, że dla wielu osób realizacja tematu to projekcja własnych przekonań czy lęków w ramach mechanizmów obronnych. 
"Pasja" nie pokazuje niczego nowego. Niczego, o czym by nie wiedział każdy chrześcijanin,  każdy człowiek na ziemi, który o chrześcijaństwie choćby słyszał. Jezus  umarł męczeńską śmiercią. Został pochowany w grobie a po kilku dniach odżył.  Że brutalne? Że realistyczne sceny tortur? Naprawdę?

Ale wracając. "Kler" to na szczęście film dużo lepszy od "Pasji". Porusza trudny i niewygodny temat życia funkcjonariuszy Kościoła. Mówienie o zepsuciu środowisk kościelnych  w Polsce to trochę tak, jak mówienie o polskim antysemityzmie. Większości się wydaje, że jak zamkną oczy, to nie będzie widać. Ostatnia afera wokół księdza Jankowskiego dokładnie pokazuje jak patologia i przestępstwa wśród księży są pod systemową, specjalną ochroną.  I  żaden film, żadna książka, ani żadna afera nie była dość szokująca, żeby te mechanizmy ochronne wywlec i napiętnować. Kurz opadł, para skandalu poszła w gwizdek.
Film Smarzowskiego jest trudny nie dlatego, że "otwiera oczy" na patologię w środowisku, ale dlatego każe zrobić rachunek sumienia. Nie tylko katolikom, którzy milcząc wspierają ale wszystkim pozostałym "Nie Mój Problem". Jesteśmy współwinni.  O wypaczeniu kleru mówi się  na świecie od wieku lat i kościoły w innych krajach już są na etapie zarządzania kryzysem. Nawet Watykan zamienił konserwatywnego Benedykta, na postępowego Franciszka, który dwoi się troi, żeby ratować wizerunek. Kościół ma doświadczenie w reformacji i kontrreformacji. Umył ręce po wojnach krzyżowych, konkwistach, inkwizycji i paleniu czarownic. Został rozgrzeszony z romansu z nazizmem i komunizmem   - poradzi sobie z gwałceniem dzieci.

Fala protestów przed kinami  "błogosławionych", którzy nie widzieli a uwierzyli jest  rozpaczliwym wołaniem o nieświadomość.  Oni wiedzą, nie protestowaliby gdyby nie wiedzieli. Protestują, bo nie chcą wiedzieć. I całe szczęście, że protestują zanim zobaczyli.Tak paradoksalnie film dostarczyłby im argumentów w debacie.  
W filmie ksiądz oskarżony o pedofilię okazuje się niewinny. Ksiądz alkoholik, prowadzący samochód po pijanemu, podejrzany o śmiertelne potrącenie pieszego okazuje się niewinny.
Księża oprawcy zostają pokazani przez pryzmat bycia ofiarą w dzieciństwie. Aż ich żal. 
A poza tym  subtelnie zaznaczone seks, kasa, rozgrywki polityczne, alkohol, dziwki, hazard. Samo życie i nic złego przecież. Ksiądz też człowiek. To się dzieje. I jest powszechne. Można dyskutować o skali problemu, ale nie ma co dyskutować o samym fakcie.
Wszystkie najmocniejsze sceny w "Klerze"  zdarzyły się naprawdę i echem odbiły w mediach. Wszystkie kontrowersyjne kwestie wypowiadane w filmie przez księży niestety padły naprawdę z ust hierarchów w ich wypowiedziach publicznych. 
Smarzowski szczeliny nie zostawił wrogom na to, żeby mogli go oskarżyć o nadużycie.  Bardzo  grzeczny film nakręcił. Grzeczny i zachowawczy. Nie jest to najlepszy film reżysera, ale z pewnością potrzebny.

Poza tym  uwielbiam plebanię "Ojca Mateusza", szpital w Leśnej Górze i Artura Żmijewskiego.







Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (2017) reż. Martin McDonagh

czyli o miejscu w mojej głowie, którego nie chcę znać


Ten film to jeden z tegorocznych kandydatów do Oskara ale zdecydowanie nie powinnam była go oglądać. Znakomity, niezwykle klimatyczny, świetnie zagrany i żałuję, że oglądałam. W małym  miasteczku, gdzieś koło niczego, zostaje zgwałcona i brutalnie zamordowana młoda dziewczyna. Wiele miesięcy później matka dziewczyny Mildred Hayes, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią córki, umieszcza na billboardach reklamowych  pytanie: Dlaczego jeszcze nie odnaleziono sprawcy?

Pochodzę z małego miasteczka - znam klimat. Mam córkę a i tak nie umiem sobie wyobrazić, co bym zrobiła na miejscu głównej bohaterki. Mózg odmawia mi współpracy. Bolała mnie każda minuta tego filmu i zupełnie nie wiem, o czym on był. 
O rozpaczy? Nie jestem pewna. O poczuciu straty? Poczuciu winy? Też mam wątpliwości. Może o tym wszystkim naraz. Frances Mcdormand tak zagrała Mildred, że weszłam w rezonans i chciałam krzyczeć. Chciałam wrzeszczeć na całe gardło w bezsilnej złości, że ich wszystkich nienawidzę i chcę, żeby ich tez bolało. Obejrzałam do końca, bo miałam nadzieję, że to obezwładniające poczucie bezsilności przejdzie mi jak na końcu film zatriumfuje sprawiedliwość. Bardzo chciałam, żeby to był amerykański film z dobrym zakończeniem. 
Dostałam kawał  prawdy o życiu i o ludziach. Prawdy, o którą nie prosiłam i nie chciałam jej znać. Nigdy nie obejrzę tego drugi raz.



Mam jednak refleksję o miłości. I odpowiedzialności za miłość. Mały Książę dowiaduje się od lisa, że  „jest się odpowiedzialnym za to, co się oswoi”. Jak umiera ktoś bliski, często ludzie żałują, że nie zdążyli się pożegnać, powiedzieć "kocham", że nie zrobili stu rzeczy które powinni byli zrobić a teraz jest za późno. Mają żal. Żal jest dobry. Złe jest poczucie winy "że to przeze mnie, że mogłam coś zrobić, albo czegoś nie robić, że mogłam powiedzieć, albo zamknąć się w porę, że miałam wpływ, że ..."  

Kiedyś, dawno temu, miałam dwadzieścia kilka lat i kłóciłam się z chłopakiem. W pokoju, w akademiku na ósmym pietrze. Wrzeszczeliśmy do siebie okropne rzeczy, ja chciałam wyjść, on usiłował mnie zatrzymać, wyrwałam mu rękę i on wtedy mnie uderzył. To był ten moment, kiedy nastąpiło zatrzymanie kadru i cisza. Dla mnie to była granica, której nie powinien był przekraczać. "To koniec". Otworzyłam drzwi i wtedy on stanął na parapecie i powiedział:
- Wyskoczę, jeśli wyjdziesz
- Skacz - powiedziałam i wyszłam. 

Jestem mu wdzięczna, że nie wyskoczył. Nie udźwignęłabym. Dziś wiem, że ludzie czasem mówią podłe rzeczy  i zachowują się paskudnie i to wcale nie znaczy, że są źli i zasługują na śmierć, albo są za cudzą śmierć odpowiedzialni.  

Tłumaczyłam dziś córce:
- Kochanie, gdyby kiedyś przydarzyła nam się taka sytuacja, że byśmy się pokłóciły. Ale tak strasznie, tak strasznie, że ja bym w babci stylu wyszła szlochając "Idę sobie umrę cichutko w kąciku" a ty byś krzyczała za mną "Idź i umrzyj!" to...
- Mamo, czy ty coś piłaś czy oglądałaś? - zapytała córka podejrzliwie - Dlaczego miałybyśmy się kłócić? 
- Wyobraź sobie hi-po-te-ty-cznie. To bardzo ważne - rozpędzałam się - No i jeśli po takiej kłótni ja bym na przykład wpadła pod autobus, albo spadła z dachu albo cokolwiek. W każdym razie, gdybym zginęła. Rozumiesz? To nie będzie twoja wina tylko głupi wypadek. Obiecuję, że nigdy, przenigdy nie umrę ci specjalnie.  
- No ja myślę! Zabiłabym cię, gdybyś to zrobiła.




Najlepszy (2017) reż.Łukasz Palkowski

czyli determinacja moją siłą

Trudno się pisze w emocjach a film nie dość że poruszył mi wyobraźnię, to jeszcze dotknął mnie osobiście. 
Po pierwsze brawo za scenariusz.
Ja wiem, że historię napisało życie i doprawdy niczego w niej poprawiać nie trzeba, ale życie pisało ją  dwadzieścia lat a film trwał 109 minut.
Po drugie brawa za reżyserię.
Po kilku obiecujących gniotach wiem, że znakomita obsada niczego nie gwarantuje a po "Najlepszym" widzę, że reżyser może dać pole do popisu.

Dygresja: Kilkanaście lat temu mój siostrzeniec kupił stary dom do remontu bardzo podobny do mojego ówczesnego domu. Potrzebowałam inspiracji, kupowałam wszelkie pisemka o projektach wnętrzarskich i wyczulona byłam na wszelki dizajn. Siostrzeniec zaczął zmiany, których byłam bardzo ciekawa zwłaszcza, że był ograniczony funduszami  (moje fundusze też były skromne). Jak moja przyjaciółka przyjechała po wizycie u niego i opowiadała z przejęciem jak świetnie, małym kosztem i funkcjonalnie wyremontował parter, to zapytałam ją z przejęciem:
- A na górze (w sensie, na piętrze, nasze domki były piętrowe)? Co Marek ma na górze?
- Na górze to Marek ma ... pole do popisu

Palkowski potrafi wyciągnąć z aktora wszystko, co ten ma. Gierszał ma talent i potencjał i to było widać w jego filmografii. Ale tu był doskonały. Zrobił na mnie wrażenie wcześniej ale w  "Najlepszym" mnie wzruszył a prócz talentu dał swojej postaci cząstkę swojej duszy.  Jest młody i życzę mu wielu takich ról. Drugi plan był jak idealna oprawa dla klejnotu. Cielecka w roli zupełnie wbrew warunkom (stworzona raczej do ról królowych nie podnóżków) - niezwykła. Żmijewski mocny epizod. Kot i Jakubik w formie. W znakomitej formie. I Gajos niemal gościnnie w roli trudnej legendy Kotańskiego.

Po trzecie:  bezpośrednie odniesienie do mojej filozofii życiowej. A mówi ona, że nadzieja ogranicza - wolność daje determinacja. Nie ma reguł uniwersalnych - determinacja to nie jest coś, co cię przeszkoli z "sensu życia". Determinacja to sprawdzian ostateczny, czy ja to ja, czy tylko wyobrażenie innych o mnie. Ja wiem, że nie każdy dostaje takie same karty do gry w życie, ale chcę wierzyć w to, że z tymi co dostajemy, można powiedzieć "pas" albo zablefować i wygrać.

Po czwarte muzyka. Mnie kupiła. Wtedy kiedy byłam nastolatką i teraz. Stare się nie zestarzało a nowe dorównało.

To bardzo dobry film i bardzo dobrze robi. Niech jego  moc się udziela.